Image Slider

Okruszki #7: Rysować jak Grudka

17.05.2019
Rysować jak Grudka....



Tu akurat kartka na imieniny Eweliny. Ewelinę znacie z Robótki.
Grudka zaś zna Ewelę pod hasłem "Ta co nie ma mamusi i tatusia".
Tak sobie Grudka wzięła ten fakt do serca, że regularnie domaga się utrzymywania żywej korespondencji obrazkowej z Niegowem i dostarczania listów i paczuszek z najróżnorodniejszymi bonusami.

Tym razem w kopercie leci nomen omen stado magnetycznych motyli, którymi Ewelina może ozdobić sobie wózek.

p.s. Jeśli też zechcecie wysłać Niegowiakowi kartkę na imieniny, to śmiało! Listę solenizantów znajdziecie na Robótkowym Blogu. W czerwcu akurat będzie wielu Piotrów i Pawłów.

Okruszki #6: Pierwszy maja po bawarsku

10.05.2019


Pierwszy maja w Bawarii.
Lokalna orkiestra dęta, sukienki z gorsetem, dziane na grubo sweterki, spodenki ze skóry, dziergane ocieplacze męskich łydek, kapelusze z piórkiem, tańce z szarfą, morze piwa, precle giganty, prosię z  rożna.... A nade wszystko (nomen omen) błękitny piętnastometrowy totem, zwany majowym drzewem. Totem młodzież tubylcza stawia przez dwie godziny do pionu za pomocą długich drewnianych pali i mocy mięśni własnych.

Społeczność lokalna przygotowuje się do tego wydarzenia przez cały kwiecień.
Rada rodziców  postanowiła wykorzystać masy ludzkie i zorganizować słodki bufet do kawy, a zebrane środki przeznaczyć oczywiście "dla dobra naszych dzieci". Rada organizuje, ale ktoś musi przecież piec. Przez trzy tygodnie Bebe nie mogła spokojnie przejść przez przedszkolny korytarz, bo z kąta garderoby w każdej chwili mogła wyskoczyć Brunhilda z listą ochotniczych cukierników i zapytaniem "Dlaczego Cię Bebe jeszcze na tej liście nie ma? I co upieczesz ciasto, tort czy może coś wytrawnego?"  Uległam.

Z braku czasu, a napędzana poczuciem winy z powodu zaniechania, zaczęłam nawet rozważać, które ciasto z zamrażarki supermarketu mogłoby przejść za wypiek domowy, zwłaszcza jeśli upuścić by je przypadkowo na ziemię dla lepszego efektu. Ale koniec końców poszłam na kompromis i zawinęłam w gotowe ciasto francuskie szynkę z serem. Wiewiór był zachwycony. Na tyle, że wykupił całą baterię szynkowych ślimaków. Tym samym pomógł przekroczyć najśmielsze oczekiwania Rady Rodziców względem "dobra naszych dzieci" i stał się na chwilę lokalnym bohaterem. Na chwilę, póki inny ojciec nie wykupił dwóch tortów, na wynos.

Zatem siedzieliśmy na trawie, jedliśmy słodkie i wytrawne, słuchaliśmy trąbek i puzonów i nie mogłam przestać myśleć o jednym. Jakby to było, gdyby w Polsce ludzie na takie okazje ubierali się w stroje ludowe. Wyobraźcie sobie warszawskie metro zapełnione ludźmi w folkowych outfitach! No widzę to! I uśmiecha mnie ten powidok.


Okruszki #5: Komunikacja

03.05.2019
Zdjęcie z pozoru od czapy: Dwa tygodnie temu odkręciliśmy boczne kółka.
Pierwszego dnia biegaliśmy obok, by złapać ją, gdy chciała się zatrzymać.
Drugiego dnia hamowała już sama. Po tygodniu przełamała strach przed krawężnikami.
A trzy dni temu nauczyła się sama startować i jechać stojąc.
Jeszcze chwila i puści kierownicę!


W czasach wczesnego konkubinatu Bebe i Wiewiór uprawiali bogatą digitalną korespondencję. Ona w Republice Federalnej, on na Zielonych Wyspach Irlandii. Ona z internetem na kabel, on - na modem. Podczas dużych wiatrów na wyspie - kontakt urywał się nawet i na kilka dni. Ona oceany liter mailem i na google-chat. On lakoniczne, uspokajające odpowiedzi tą samą drogą.

W weekendy nie rozmawiali ze sobą wcale, bo jedyny modem znajdował się na terenie Uniwersytetu. Nie był to kampus w wielkim mieście, z pracownią komputerową, halą sportową i klubami studenckimi. To był jeden niski budynek na obrzeżach parku narodowego w wiosce wciśniętej między góry a ocean. Wioska liczyła 80 mieszkańców. Przy jedynej drodze rozsypane wśród bagien domki letniskowe latem okupowali turyści, a zimą studenci. Autobus do najbliższego miasta jeździł dwa razy dziennie, rano i wieczorem - choć nikt nigdy nie wiedział dokładnie o której godzinie. Do najbliższego miasta - 80 km. Do bankomatu - 14 km. Po dziesięciu miesiącach - Wiewiór przyjechał z całym dobytkiem na plecach do Bebe i został.

Drugą złotą erą komunikacji wspomaganej był czas doktoratu Bebe. Gdyby nie Skype.... Bebe wydawałaby całe stypendium naukowe na znaczki, karty telefoniczne na rozmowy międzynarodowe i abonament komórkowy. A i tak po pierwszym roku rzuciłaby to wszystko w cholerę i bez oglądania się za siebie wróciła do Wiewióra. Bez tytułu i fikuśnej czapki. Do dziś zastanawiamy się ile małżeństw i par Skype uratował od rozpadu, ilu ludzi od depresji, ile prac naukowych od niepotrzebnych przecinków i merytorycznych błędów.


Gdy Bebe i Wiewiór spędzają większość czasu w jednym mieście, a nawet mieszkaniu - przeważa natomiast bezpośrednia komunikacja paszczą. Nie dzwonią do siebie w drodze do pracy ani podczas przerw. Nie wysyłają zdjęć obiadu, dziecka, nieba czy sąsiada przez WhatsApp. Nie wymieniają się wrażeniami dnia na bieżąco przez smsy. Nie prześcigają statusami na Facebooku. Nie komentują wzajemnie postów na Insta. A już tym bardziej - i o zgrozo dla niektórych znajomych! - nie mają zainstalowanego GPSa, żeby wiedzieć gdzie właśnie znajduje się drugie.

W marcu coś się jednak zmieniło. Bebe zaczęła dzwonić w godzinach pracy Wiewióra i z ekscytacją wołać w słuchawkę:
- Nikogo dzisiaj nie zabiłam!
Albo:
- Wyprzedziłam rowerzystę!
Albo:
- O rany o rany! 100 km/h!!!!  A potem jeszcze rondo!
Albo:
- 5 bieg!  I wsteczny!!!!
Albo:
- Doświadczałam dzisiaj korka! 

Wiewiór powtarza to za nią głośno, a w tle słychać rechot kolegów po fachu.

Tak. Bebe robi prawo jazdy.
Tak. Bardziej ją to ekscytuje niż przestrasza.

Grudka twierdzi, że skoro jej się udało opanować rower, to jej "wspaniała Mamuś" poradzi sobie z autem. I tego się trzymamy.

Auto Post Signature

Auto Post  Signature