Image Slider

Kryptonit naukowca

22.01.2014

"Zapuszczę warkocz i poczekam na ratunek"



Czwarty tydzień roku kalendarzowego 2014 sponsoruje artykuł do arcyważnego naukowego żurnalu. Na piątek. W ramach wykorzystywania szans, które pod nos podsuwa los, oraz niepalenia ewentualnych mostów kontaktów profesjonalnych - piszę. Nieodpłatnie, za laur prestiżu i dostępu do akademickiego Olimpu. Żurnal bowiem zgłosił się z własnej inicjatywy. Wow! Doceniam, bo niejeden świeżo upieczony docent oddałby za taką możliwość nerkę. 

Uczę się przy tym, w luksusie doświadczenia na własnej skórze, że rekonwalescencja po doktoracie trwa znacznie dłużej niż miesięczne wakacje w Polsce.

Rok temu poznałam człowieka w tej samej niedoli. Doktor tego i owego. Przyznał, że od roku nic nie robi. Nie pracuje. Nie bada. Nie czyta w profesji. Fizycznie nie jest w stanie. Jest zmęczony. Wtedy zupełnie nie rozumiałam, o co mu chodzi. Czym jest zmęczony? Przecież skończył wiekopomne dzieło naukowe, odebrał świadectwo z czerwonym paskiem. Powinien się cieszyć i działać płynąc na tej fali ku zawodowej tęczy. Ile można odpoczywać? Miesiąc? Dwa? Ale żeby po roku coś takiego mówić? Leni się lub popadł w depresję a najpewniej jedno i drugie.

Dzisiaj? Dzisiaj, podług ówczesnej logiki, chroniczne gnuśnieję i cierpię na galopujący spleen.
Istnieje podejrzenie, że kto przez krąg ognia nie przeszedł, ten nie zrozumie. Nigdy.
Że robienie doktoratu podsiada dziwne zbieżności z robieniem potomka*.
Jest doświadczeniem totalnym i nader indywidualnym. A przy tym męczącym.
Oraz, że Supermen potrzebuje Clarka Kenta. Do regeneracji.

* Poszerza mi się nomenklatura w temacie za sprawą "Projektu: Matka" M. Łukowiak aka zimno.Ale o tym innym razem.


Kaczka się nie przejada!

15.01.2014

Z zeszłorocznej Migracji Ludów wynikło coś znakomitego: Kaczka za miedzą*!

Pojechałam zatem na sabat zielonym autobusem w rajtkach czerwonych dla kontrastu, coby mnie Kaczka rozpoznała w tłumie. Słowiańskim zwyczajem dzierżąc w rękach chleb z orzechami włoskimi zamiast soli i herbatę z hipisowskich suszów prosto z Fryburga.

Nie trzymając blogowej społeczności dłużej w torturach niepewności uprzejmie donoszę, że:

A. Wbrew plotkom na Pudelek.pl, Biskiwt jest jak najbardziej prawdziwa. Z krwi, kości i serwatki, którą częstuje wszystkich odwiedzających. Wylewnie.

B. Biskiwt nie jest tanią podróbką Dyni, a tym bardziej klonem, ale całkiem nową, unikatową norwesko-kaczkową potomką.

C. Biskwit była w poprzednim życiu papugą. Jej zdziwiony wzrok świadczy jednak o tym, że liczyła na lepszy awans w reinkarnacji. Co najmniej na złotą kołyskę i mahoniowy tron pod palmą. A tutaj teutońska rzeczywistość zimą, leżak plażowy w salonie, a szafy Made in IKEA nadal w częściach. W proteście tkwi zatem na bocianim gnieździe ramienia Kaczki i nie zanosi się, żeby chciała w najbliższym czasie zejść na ziemię**.

Dopiero na odchodnym okazało się, że przywileju wieprzowiny z poliestru nie udzielono ciotce dożywotnio.

Dynia spod Tęczy drugiej nocy zaszczyciła mnie swą współobecnością, przerywaną chrapaniem przeponowym. Oraz pobudką o szóstej ("ciocia I want to mama") i ósmej rano ("ciocia, no sleeping any more!'). O ósmej pięć doznałam awansu statusu społecznego: warkocz à la Dynia zwieńczony świnką Peppą w miniaturze. Po czym Pierworodna otworzyła bibliotekę (zapisz mi Kaczko w testamencie, błagam, zwłaszcza "Vegetable glue"), a odkrywszy biegłość językową przyszywanej ciotki, kazała sobie czytać w tę i nazad w trzech dialektach. Czytałybyśmy pewnie do dzisiaj, gdyby nie imperatyw głodu nakazujący desant do kuchni.

Na śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację częstowano frykasami, po części nabytymi w 'majn go to Kaufland buy more kiełbasa', po części we wschodnioeuropejskim raju (opis stopnia egzotyki u gospodyni o tu: klik!), do którego wzorem Kaczki zapałałam wielką miłością. Fotografuj! Będziemy blogować! - rzuca Kaczka wiodąc prym do wnętrza sezamu. Patrzcie:

Konfekcja w Fettglasur za 0,79 Euro/kg. Fabryka Czerwony Październik wygrywa w konkursie.
"Bierz z każdego po dwa, na drogę!"

Biskwit już pod sklepem musiała uregulować poziomy cukru. Pod kocykiem - rezerwy.

Egzotyczne doznania kulinarne: Mrożone Homo bez wafelka.

Wachlarz pierogów: polskie ruskie i rosyjskie z mięsem, kapustą i wiśniami.
"Pasztet! Jak ja dawno nie jadłam pasztetu!"


Poza tym lansowałyśmy się na Hauptstrasse, gdzie w speed shoppingu wykupiłam cały asortyment sklepu z rajtkami. A nieświadom czynu Wiewiór, oddalony o 100km, zakupił mi zdalnie elegancką fer-trejd-resajkling-hendmejd dwustronną spódnicę na napy, którą Dynia postanowiła z miejsca pożyczyć. Kaczka przyfastrygowała mi trochę naderwane skrzydła, wymierzyła kopniaki, kazała iść ścieżką Młodożeńca, Fangora, Lenicy, Mery Selery i Bamboletto oraz zabroniła pokazywać się bez zatemperowanych kredek. Idę pooddychać w torebkę.

Na odchodne dostałam pancerny tatuaż podobno zmywalny, co trzyma do dziś (Dynia), siedem kilo książek i jedno opakowanie witamin (Kaczka), zaproszenie na następny weekend - This guest is incredible! She is cooking, babysitting and eating everything. There must be something wrong with her.*** (Norweski).

Chcę więcej!
Kaczką się bowiem trudno nasycić.


* Byłaby nawet i za płotem, gdybyśmy nie urządzili desantu z wigwamu pod Spokojnym Karolkiem. Sacreble! Na miedzę nie można jednak narzekać, bo to granica już tylko powiatowa.

** Czym wzbogaci się niechybnie blogosfera, bo Kaczce łatwiej jednak jedynym palcem stukać w klawiaturę niż zmywać naczynia i rozpakowywać dobytek. 

*** Jest! Jasno różowe buty, które zburzył plany rodzinnej wycieczki w bagna lasu. Uff!

Mam przeczucie, że miło będzie razem się zestarzeć

13.01.2014
Wtedy mieliśmy jeszcze mało zmarszczek, jeszcze mniej wspólnych przeżyć i żadnych oczekiwań na przyszłość. Wakacyjna przygoda w wersji neverending.
Typowy dialog około styczniowy.

Bebe: Rocznicę mamy niedługo.
Wiewiór: Wiem.
Bebe: A która to będzie? Piąta?
Wiewiór: Ty przyjechałaś do Teutonii...
Bebe: ...w roku śmierci polskiego papieża, a ty tuż przed pierwszym gwizdkiem Mundialu (Niemcy-Kostaryka 4:2).
Wiewiór: Czyli jesteśmy razem od 2007.
Bebe: To ile to będzie lat? Sześć tak?
Wiewiór: Siedem.
Bebe: Serio? [liczy na palcach, jak zwykle po polsku] Bez kitu: Siedem! A myślałam, że krócej.


Blogowy serial w odcinkach na temat bebe-wiewiórowych początków znajdziecie tutaj: klik! (czytać od początku czyli od końca). Serialowi niestety nie przyznano dotacji z Funduszu Blogowego Słowotwórstwa, więc urywa się w połowie w momencie, gdy wagonik kolejki linowej urywa się spektakularnie a główni bohaterowie spoglądają śmierci w oczy. Trzeba przyznać, że mam wybitny talent******** do nieskończonych cyklów. Aczkolwiek jest nadzieja, Wiewiór zapewnił nieuważnie: "Jeśli skończysz pisać naszą historię, nauczę się polskiego." Kuszące.

******** tu nastąpiła przerwa w nadawaniu, bo odświętne tosty do bigosu postanowiły dokonać przeistoczenia w węgiel. W masce gazowej pobiegłam ratować truchełka. Jeszcze trochę a byłyby z tego diamenty. Notka do siebie: Nie blogować przy gotowaniu.


Impresje Fryburskie

08.01.2014

Zwierzyna w Czarnym Lesie


Sylwester smakował pierwszym trymestrem.
Przynajmniej tak to sobie wyobrażam.
Wystarczyło zrobić teutońską pizzę z wkładką z ośmiornicy - ja? alergia? naprawdę?
Czyżby zapowiedź roku w dolegliwościach lekkiego, ale nader irytującego?

Odbywam u małego F. praktyki z budownictwa kolejowego, architektury wysokopiennej i biegów przełajowych na przeponie "Gruffalo kommt!". Przerwa jest tylko na siku, przy asyście szefa. Żywimy się Bebechami Nerkowcami i wodą.

Tymczasem.....Z przyzwyczajenia w zimowych kurtkach, Fryburczycy pocą się zbiorowo w piętnastostopniowej wiośnie. Pod katedrą Najświętszej Panienki koczują brukselka z roszpunką. Między straganami zaś grupy rozentuzjazmowanych miłośników bułki z kiełbasą wieprzową z metra. Opcja bio-eko-vega-tofu dostępna, także z bio-keczupem. Ziołowy magik i snycerz obok młyńskich kół sera górskiego. Kwiaciarki myją donice w przychodnikowej irygacji. Peruwiańska-człowiek-orkiestra gra do pieczonych kasztanów. Po sernik Stefana, jak zwykle, kolejka. Na ścinkach z trawnika renciści rżną w la boule, a stuletnia Elfride rozdaje dzieciom marchewki.

Robię zapasy zielonego pieprzu. Na rowerze Eryku spuszczam włosy z warkoczy i ustawiam pułapki na wiatr. Bezdomny pod swoim mostem rozstawił dziś sztalugi. Carpe diem! - krzyczy. Ma choinkę z bombkami i talent do ekspresji.


Styczniowe status quo:
Idzie nowe.
Moje jest dyskretne, foliowo-jodowe.
Wygląda jak słodzik, pozostawia w zdziwieniu.
Udajemy z Wiewiórem stoicki spokój, mantrując:
Silly old Fox! Doesn't he know,
There's no such thing as a Gruffalo?




Auto Post Signature

Auto Post  Signature