Image Slider

Wszyscy wszytkim, to i my!

24.12.2012
Radosnych i Razem!


Mikro-choinka wypiętrzona stosikiem prezentów*, z którego największy jest dla Bebe (jak gdyby nigdy nic szyldzik podejrzany - sesese!), sięga skośnego sufitu wigwamu. Kopiec z grzybów czeka na kwaterunek w pierogach. Bigos już rozparcelowany w pudełkach po lodach, robi miejsce w dostępnych dwóch garnkach farszowi do pasztecików. Niemal poprawne politycznie filety z karpia topią się w odwilży przed wieczorny smażeniem. W głośnikach mieszanka świąteczna jacob-wedlowska*.

Doktorat, za podsycanie paniki, dostał trzy dni w zawieszeniu w szufladzie biurka. Zakaz widywania się ze skryptami i brak kolacji. Poczucie winy w ataku histerii tarza się po podłodze. Bebe jest tak zmęczona, że pedagogicznie ignoruje już z automatu.

*
Światełka choinki jak echa gwiazd odbitych w szybie nad głowami Bebe i Wiewióra. Od godziny siedzą w ciszy i patrzą na paczki, pakunki, podarki i koperty ze znaczkami z trzech różnych krajów. Sezam się otworzył, a jest ich przecież tylko dwoje.
- Bardziej podekscytowany jestem Twoją reakcją na prezenty niż tym, co się kryje w moich paczkach. To kiedy rozpakowujemy?

Może z prezentami jest jak z kocham cię? Jeśli nie na siłę, bo trzeba, wypada, należy. Jeśli po prostu, bo ja chcę dać tobie. Cieszą. Obie strony.



**
Janioł na mikro-choince.
 Gwiazdkowa Akcja Blogerska uratowała sytuację. Obok Fairytale of New York (Śpiewaj Bebe, śpiewaj! To najbardziej romantyczna piosenka o Świętach! Jesteśmy Irlandczykami!) w tym roku Bracia, patrzcie jeno! Wiewiór szeleści z rosyjskim akcentem w chórku z dziennikarzami Trójki: Krok po kroku... wieszając nowego janioła wśród ziomali niebiańskich, po lewej, żeby się mikro-drzewko nie położyło. Na koniec w osobistym filmie, sama Danusia z Książek Zbójeckich składa życzenia pomyślności. A łza jak w wesołym miasteczku w oku się kręci.

Cmoki jak smoki!
Niech Wam Janioły stróżują,
a herbata w miłym towarzystwie nigdy się nie kończy.

Proszę państwa, można oddychać!

20.12.2012



Nie będzie przeprowadzki do Nowego Miasta jakże dużego. Przynajmniej nie tego. Wiewiórowi, oprócz niewątpliwych zalet, zabrakło x lat doświadczenia. A właściwie, znaleźli się tacy, co mieli go więcej. Z jednej strony ulga, bo lepiej wiedzieć niż nie. Z drugiej żal, bo fajne to Nowe Miasto. Z trzeciej, strach.

Nawet po trzech samotnych latach w Krainie Yam-Yam, lądując w wytęsknione bezpieczeństwo Wiewiórowych ramion, Bebe bała się. Znane, choćby najgorsze, zdawało się być bezpieczniejsze niż nowe. Z marcem znowu pożeglują po nieznanym oceanie. Nie wiedząc, czy na drugim brzegu odnajdą groźne smoki czy rajskie wyspy. Adventure is out there! - dodaje otuchy mała Ela*. Kiedyś i oni postawią dom przy swoim Podniebnym Wodospadzie. Ważne, że razem - dodaje Tatuś Bebeluszka.

Tymczasem, życie jest tu i teraz. Cztery kilogramy kapusty kiszonej zakupione, zeszyt z przepisami wydobyty. Po podłodze znów turlają się polistyrenowe kulki porannej rosy - niedobitki z zeszłego roku, które miały zdobić mikro-choinkę. Figurki Świetnej* rodziny z dzieciątkiem, które też jest kobietą (!), wzbudzają filozoficzne dyskusje. Skoro Maryja jest Panienką Świętą, Józefa też wyniesiono na ołtarze, to co z Jezuskiem? Czy też jest święty? Święty Jezusek? Czy bóg dostaje beatyfikację z automatu?

Doktorat jak sweter w rękach nowicjusza, nie przyniesie upragnionego tytułu pod choinkę. Co Bebe uprzędzie kilka rządków, to profesorka pruje poprawkami. Ale jak już skończą (w wizji profki w pierwszy dzień Nowego Roku [???], w wizji Bebe na Trzech Króli), to będzie piękna dzianina. Motywacja Bebe lewituje chwilowo w bliskich okolicach podłogi, ale zasilona wigilijnym pierogiem, może wróci na swoje miejsce.

* Klik! Najromantyczniejszy film krótkometrażowy.
** Z racji domowej areligijności Święta Rodzina  zostaje przemianowana na Świetną tudzież Świąteczną. Świetnych Bebe nabyła drogą estetycznego impulsu, bo "Takie słodkie były z tymi małymi nosami i dzieciątkiem i kozą"

p.s. Koniec świata, Bebe idzie do fryzjera!

Ludzie z egzotycznym zawodem

17.12.2012
Już w czwartek Wiewiór pastował buty. Od dwóch lat nienoszone, czarne lakierki. Niebieską koszulę kupili w piątek. W białe paski, akurat po środku w skali elegancji. W sobotę wspólnie oglądali Nowe Miasto. Prawdziwie duże, ze szklanymi wieżami drapiącymi chmury, odbudowaną po wojnie starówką. Z całym wybrzeżem zakurzonych muzeów, galerii i antykwariatów. Stolicy największych tragów książki na świecie.

Spodnie Bebe wyprasowała na kant w niedzielę.
Wiewiór studiował internet. Potencjalny szef ma przyjemną twarz.

O 5:45 wstali z łóżka po nieprzespanej nocy.
Herbata, prysznic, jabłko do plecaka.

Jest 9:48
Wiewiór już w Nowym Mieście siedzi przed komisją.
Bebe w wigwamie z telefonem w ręku, zmienia się w oczekiwanie.

Na wiosnę. Na ten rozdział. Z nadzieją na ten sam kraj, miasto, może nawet i wigwam. 
Ludziom z egzotycznym zawodem niełatwo skrzyżować orbity.



Pocztówki z Blogosfery: O tym, że...

16.12.2012
O tym, że...Razem najfajniej!



Ahoj Czytelniku/Czytelniczko!

Pewnie Was nie zdziwi, że tu bywam. Pachnie farbą drukarską. Słychać ciszę, czasem dziecięcy śmiech. Można sobie siedzieć z wyciągniętą stopą w pasiastej rajstopie z kotem na kolanach i godzinami przeglądać kolorowe strony. Jako dziecko nie rozumiałam, jak dorośli mogą spędzać tyle godzin z czarno-białymi gazetami. Nie dość, że nieporęczne, to jeszcze bez obrazków! Przysięgłam wtedy, że nie zniżę się do tego poziomu. Choć często czuję się odosobniona w tym postanowieniu, trwam. Tym bardziej miło mi znaleźć dorosłych inaczej, którzy książką obrazkową oraz dziecięcą cieszą się bardziej niż gazetą. Taka jest na przykład Olga, mama Ewy, sprawczyni całego zamieszania zwanego O tym, że... A o czym? To już opowie sama Olga.



Na początku muszę zaspokoić swoją ciekawość: Powiedz czy kochałaś książki obrazkowe zanim zostałaś mamą? Czy ta przygoda zaczęła się wraz z przybyciem Ewy?
Tak odpowiem – zawsze przystawałam w dziale z literaturą dziecięcą. Głaskałam okładki, podglądałam ilustracje, zwracałam uwagę na nowe wydawnictwa (i wąchałam, rzecz jasna, wąchałam). Na studiach polonistycznych przeboleć nie mogłam, że literatura dla dzieci i młodzieży to tylko jeden semestr, zakończony malutką pracą. Jednak dwiema, bo przypominam sobie, że przypadku poezji polskiej pisałam o Ludwiku Kernie, proza obca – Michael Ende. Przez całą historię literatury dla najmłodszych przebiegliśmy galopem, właściwie ani razu się nie zatrzymując. Szkoda. Z perspektywy czasu żałuję nawet bardziej, niż wtedy.

Jednak, faktycznie, dopiero pojawienie się Ewki sprawiło, że ta chęć wiedzy, poznania tekstów, ilustratorów, pracy wydawców gwałtownie wzrosła. Zaczęłam po prostu działać. Oglądać, czytać, kupować, zwyczajnie – interesować się. Czyżbym całe życie szukała usprawiedliwienia dla „dziecinnych” zainteresowań? ;)
Chciałabym wiedzieć wszystko i to natychmiast! Tymczasem świadoma jestem, że to dopiero początek tej przygody, że nie wiem nic, może prawie nic. I jest to świadomość równie frustrująca, jak i nakręcająca.


I wtedy pojawił się blog. Skąd ten pomysł?
Każde moje doświadczenie zawodowe w mniejszym lub większym stopniu wiązało się z pisaniem. Tak jak pływak, po zakończeniu kariery, ma potrzebę wyjścia na basen i wypływania swoich „basenów”, tak i ja mam potrzebę wypisania się. Częściowo potrzebę zaspokajały e-maile pisane do bliskich, ale mało mi było. Powstał blog, będący połączeniem tekstu i zdjęć. Bo zdjęcia są dla mnie równie ważne. Z nazwą miałam problem. Uznałam, że najważniejsze jest, by mnie nie ograniczała, bo początkowo pojęcia nie miałam, w którą stronę pójdę z tą moją pisaniną. Pod szyldem O tym, że... mogę pisać naprawdę o wszystkim, choć czas pokazał, że to wszystko w moim wykonaniu to raczej książki dla dzieci.Zatem mój blog to przede wszystkim relacje ze spotkania z książką (celowo nie używam słowa recenzja, nie piszę recenzji), jakieś inspiracje związane z zabawkami czy akcesoriami, zabawy plastyczne i czasem tylko – oderwana od wszystkiego garść przemyśleń.


Na blogu i FB wspierasz młode polskie wydawnictwa, takie jak Ładne Halo. Co myślisz o rynku wydawniczym książki dziecięcej w naszym kraju?
Myślę, że wiele, naprawdę wiele się wydarzyło przez ostatnią dekadę... Przez kilka lat studiów – podczas weekendów, wakacji, wolnych dni – dorabiałam w księgarni takiej prawdziwej z tradycjami i ciekawym wyborem książek. Pamiętam półki z literaturą dziecięcą – oferta była dość skromna, choć można było znaleźć kilka perełek z ilustracjami wielkich polskich ilustratorów. Ale żeby książki obrazkowe? Młodzi odważni autorzy? Ciekawa, współczesna grafika? Wydania zagranicznych bestsellerów – nowości czy klasyki? Temat właściwie nie istniał. Nie istniały też Zakamarki, Dwie Siostry, Tako czy Ładne Halo. Dziś nie wyobrażam sobie rynku wydawniczego bez nich.
Teraz nie dość, że wybór jest ogromny, to jeszcze najnowsza technologia zniosła wszystkie granice. Jeśli chcę mieć nowość wydaną właśnie w Japonii, mogę ją zamówić online i tyle. Nie zamawiam, bo mnie po prostu nie stać. Ale mogę, każdy może. W końcu mamy dostęp do bestsellerów z całego świata, a i świat ma dostęp do naszych, polskich, książek. I naprawdę nie mamy się czego wstydzić.

Nie masz wrażenia, że polscy rodzice podchodzą dość sceptycznie do tych nowych książek i wydawnictw?

Gdybym miała uogólniać, prędzej strzeliłabym, że polscy dziadkowie podchodzą do nowości, jak do jeża ;) Wiadomo - nie wszyscy i nie do każdej nowości, ale... Jakby synonimem książki dla dzieci mógł być tylko zbiór baśni Grimm czy wiersze Brzechwy! 
 
Rodzice różnie, moim zdaniem, jest coraz lepiej - szukają informacji, czytają magazyny lifestylowe i blogi, rozglądają się i często - może nie autora tekstu, czy ilustratora, ale kojarzą wydawnictwo! Sporo znajomych śmieje się, że książki w domu dzielą na "pod dziadków" i resztę. Przynajmniej dwukrotnie spotkałam się z opowieścią na temat reakcji rodziny na książkę Binta tańczy (tekst: Eva Susso, ilustracje: Benjamin Chaud, wyd. Zakamarki), brzmiało to mniej więcej tak: Ale brzydka ta książka, takie obrazki dziwne i te imiona? Ajsza? Babo? Obce, inne - budzi mieszane uczucia. Ale to nic nowego, prawda?
 
Jest jeszcze inna sprawa - sporo rodziców, dziadków, cioć i wujków korzysta z oferty - jak oni o sobie mówią? - "lidera na polskim rynku dystrybucji dóbr kultury", czyli sieci na E., mającej swoje sklepy często w galeriach handlowych. Ilekroć stoję tam w dziale z literaturą dziecięcą - zgrzytam zębami. To, co jest wyeksponowane na półkach, to jakaś zgroza. Jak jesteś cierpliwym klientem i chociaż mniej więcej wiesz, czego szukasz - dokopiesz się na przykład do kilku tytułów z Dwóch Sióstr. Ale wybór z mniejszych wydawnictw? Raczej nie. No chyba, że wielokrotnie, w różnych sklepach, miałam ogromnego pecha i tak naprawdę wcale tak nie jest... Ale żeby aż taki pech?
 
Gdzie, kiedy i jak najchętniej piszesz?
Między kuchnią a pokojem dziennym zatrzymuję się pochylona nad biurkiem. Stuk-stuk-stuk – wpisuję dwa słowa komentarza, dopisuję zdanie do tworzonego posta, usuwam beznamiętnie całe akapity. Zawsze mi mało poprawek. Piszę na raty. Pochylając się nad biurkiem, z plecami w pałąk wygiętymi. Jak siadam, to na brzeżku krzesła, bo przecież zaraz, za momencik – będę musiała wstać. I podać, podgrzać, zrobić, ułożyć, przeczytać. Mam dwa zeszyty, w których wpisuję tematy postów, tytuły książek, jakieś nazwiska i adresy. Powinnam zapisywać w nich całe zdania, które przychodzą mi do głowy, ale pisanie odręczne to dla mnie zmora. Ręka niewprawna, pismo coraz bardziej kulfoniaste, nieczytelne nawet dla mnie. Lubię stukot. Klawiatury. Marzy mi się maszyna do pisania.Bywa, że chodzę z jednym zdaniem w głowie tygodniami! I co jakiś czas głośno je wypowiadam, żeby nie zapomnieć.
Idealne warunki do pracy wyglądałyby dla mnie tak – najpierw długo, bardzo długo jadę pociągiem. W pociągu najlepiej mi się myśli. Wykluczam – oczywiście – sytuacje upierdliwych współpasażerów, braku ogrzewania lub wagonu-sauny. Dojeżdżam na miejsce. Czyli gdzieś, gdzie mam komputer, zapas jedzenia i picia i ogrzewanie. Zmarzluch ze mnie! I tyle. Czy ja za dużo wymagam? ;)

Skądże! Pociągi to inkubator i mojego słowotwórstwa. Chyba czas poprosić Mikołaja o karnet na przejazdy PKP ;) Skoro jesteśmy przy podróżach, dokąd wybierasz się najchętniej zwiedzając blogosferę?
Ho, ho, ho! Mnóstwo mam miejsc, w których mi wygodnie! Zatem bardzo się ograniczę i wymienię tylko kilka. Ze względu na tematykę i profesjonalizm – regularnie zaglądam: Poza Rozkładem, Znak Zorro i 1x365, Kolekcji Hipopotama (znowu Mizielińscy!), Ryms oraz Polska ilustracja dla dzieci.
W moich „ulubionych” jest też masa naprawdę różnych adresów – zapiski codziennie, blogi mam, fotoblogi, blogi kulinarne... To nie jest kilka blogów, nie kilkanaście i obawiam się, że nie kilkadziesiąt nawet! Wspomnę zatem o dwóch, które czytam chyba najdłużej i zawsze sprawia mi to przyjemność – zimno i barbarella. I na pewno zapomniałam o jakimś bardzo ważnym adresie, na pewno.


 A powiedz jeszcze na koniec, jaka jest Twoja ulubiona książka obrazkowa?
MiasteczkoMamoko Aleksandry i Daniela Mizielińskich (wyd. Dwie Siostry). Ta książka to był mój zapalnik. Raptem się obudziłam, rozejrzałam i zorientowałam, że dzieje się, a ja o tym nie wiem! I zaczęłam znajomym dzieciom kupować Miasteczko Mamoko... Potem dopiero Ewce, dla której Miasteczko... jest, jak sądzę, również ważną książką.

A Wasza ulubiona?
Miasteczko Mamoko, ależ jestem nudna, co? Nic nie poradzę! Mizielińscy mają nas w kieszeni. Ewka namiętnie zajmuje się śledzeniem – najchętniej Zofii Ryjek i Hesi, Maćka i Antosia z Hyców... Ja lubię wodzić wzrokiem za Aleksandrem Paskiem, M. za Zygmuntem Kosmicznym. Mamy też Dawno temu w Mamoko i od niedawna Mam oko na litery. Część książek, za jakiś czas, przekażemy młodszym dzieciom z rodziny, pozycje Mizielińskich zostaną, dla pokoleń. Zbyt dużo książek pojawia się w naszym domu, by wybrać kilka tytułów – wszystkie, które opisuję na blogu po prostu lubię i uważam za wartościowe. A jak nie lubię, to nie opisuję. Proste.

I tak powstaje ilustrowana galeria tytułów, do której i Bebe chętnie zagląda :) Zatem ciepłych Świąt wewnątrz i mroźnych za oknem! Niech Wam choinka w nowe woluminy obrośnie, a na stole nie zabraknie pysznych ilustracji. Kolorowych!

Do Olgi, hej Czytelnicy,
Do Olgi, bo tam cud!(nie)
O tym, że...klik! klik!



Ukochania,
Bebe

Lekcja z Top Model

14.12.2012
Rude bliźniaczki stoją przed nami nerwowo zaciskając ręce. Ta sama twarz, to samo marzenie.

Jedna - wrodzony talent. Nawet powieką nie musi mrugnąć, by wspiąć się na szczyt drabiny. W przeświadczeniu, że na sukces trzeba ciężko zapracować, jest jedyną tu osobą, która nie ma najbledszego pojęcia o jej wartości. Są tacy, co mogliby, gdyby tylko chcieli. Chcesz? Nie wiem.

Druga - jako taka. Nie zła, nie dobra. Za to z pasją. Chcę, będę. W pocie czoła wspina się ze szczebla na szczebel. Na szczyt może nigdy nie dojdzie. Ale będzie wystarczająco blisko.

Wybraliśmy drugą.
Talent to nie wszystko.

---

A którą z nich byłabym ja?



Wiewiór, tradycja i szafa wcale nie stara

07.12.2012

 Śnieg pada! Widok za szybą zmienił się w dwuwymiarową kołdrę bieli. Nic nie widać. W wigwamie cicho, ciemno i przytulnie. Wiewiór na służbowej kolacji żegna emerytkę o wyglądzie aemerytalnym [westchnienie nadziejozazdrości]. Tutaj George Winston sączy się z głośnika, a Bebe sączy wino z kieliszka.

- Wesołych Świąt! - wita Wiewiór telefonicznie i oznajmia oczywiste - Śnieg pada! - Dla człowieka, który pierwsze spotkanie ze śniegiem na żywo przeżył w wieku lat trzydziestu, każdy biały opad atmosferyczny jest świętem. Rodzinna mazurska Narnia Bebe zaparły mu dech w piersiach. Że tyle białego. Wszędzie. I że to normalne.


Mikołaj wiedząc, że przez żołądek wiedzie droga do każdego serca, przysłał produkty w Czarnym Lesie deficytowe: wędzoną polską kiełbasę, suszone grzyby z podwarszawskich lasów, garść krówek. A przede wszystkim, najcenniejsze, dwie torebki kaszy jaglanej, której tutaj próżno nawet i ze świecą szukać. Podobno polskie dzieci zjadają jaglankę na śniadanie. A co z kaszą manna z sokiem? Wyszła ze spożywczej mody? Teutońska dziatwa niezmiennie na słodko. Nawet hipisi ze Stumilowego karmili potomstwo dżemem i nutello-podobnym-czeko-wynalazkiem-eko-produkcji-fuj! A w wigwamie, też niezmiennie, krakowska z pomidorem.

Jak jaglana, to tylko krupnik.

Kroimy pachnącą myśliwską do bigosu. Wrzucamy grzybki. Zagryzamy krówkami. Reszta leży zamrożona w woreczkach w oczekiwaniu na Wigilię.
- Lubię twą bebeluszkowatość - zamyśla się Wiewiór - Nikt nie kultywuje tradycji, jak ty. Z tobą, zwłaszcza zimą, czuję się Polakiem*.


---

Wiewiór zamyka drzwi sypialni (co w wigwamie grozi śmiercią przez zapocenie) i za chwilę znów otwiera:
- Przepraszam, po prostu lubię zamykać drzwi.
- Ciekawe, że nie zdaje się to przekładać na drzwi szafy.
- Oczywiście, że nie! Drzwi szafy to nie drzwi! To drzwi szafy.
- Rozumiem, jak szuflady, zwłaszcza te ze skarpetami, po prostu się nie zamykają.

---

* W supermarkecie Wiewiór, z dziada pradziada oraz przekonania Irlandczyk, z tysiąca możliwości wybiera słoik korniszonów polnischer Art:
- Jesteśmy Polakami i jemy polskie ogórki.
Bebe utonęła we łzach wzruszenia. Nie metryka ogórka się przecież liczy. 

Na dwoje teściowa wróżyła

05.12.2012


 Przyszła paczka z Zielonej Wyspy: Wielki biały karton zabezpieczony taśmą z teutońskiej poczty (dbają tutaj, dbają). Tradycyjnie, bez adresu zwrotnego*.

Zapas trójkątnych torebek herbaty. Jedynej i prawdziwej. Siekiery. Razy dwa.
Guma do żucia. Jedyna i prawdziwa. W Czarnym Lesie takiej nie uraczysz. Razy dwa.
Muzyka przodków zaklęta w ciało chińskiej interpretacji leprechauna*. Razy dwa.
Porcelanowa owca z kolią koniczyny u szyi. Razy dwa.
Miękka paczuszka o nieznanej zawartości, z wstążką. Razy dwa.

Resztę będziemy losować:
Zielone coś z uszami i czterolistną koniczyną zamiast pępka. Chyba niedźwiedź. Razy raz.
Kawałek dykty z odręczną interpretacją leprechauna. Razy raz.
Chińskokaratowy brelok do kluczy (czyżby wróżba?). Razy raz.

A wszystko z kartką z wewnętrznie wytatuowaną formułką i podpisem:
xxx Mama

---
 
Sezon świąteczny czas zacząć!
- Wiewiór jutro Mikołajki.
- Kikołajki? Zapomniałem, jak to się robi?

---

* Leprechaun po chińsku: Czapka zieloną. Fajka. Nawet zielone rękawy. Ale u pomarańczowego skafandra. Broda jakby biała (zamiast rudej). Oczy jak czarne migdały. A na piersi czerwone serce z twardym głośnikiem odtwarzającym bliżej niezidentyfikowane melodie na nutę celtycką.

*Wyobraźcie sobie, ziomkowie z polskiej ziemi, kraj w którym listy i paczki dochodzą zawsze. Na tyle zawsze, że nawet do głowy Wam nie przyjdzie, że adres zwrotny może być potrzebny. Raj. W takim kraju listonosz to detektyw z osobistą misją honorową.Wiewiór twierdzi, że nie ważne co się na kopercie napisze, i tak dojdzie.

Z czarnej dziury niepamięci

02.12.2012
Profesorowie zaopatrzeni w nową porcję mojego geniuszu naukowego; Wiewiór na planecie Fjurerszajn tylko od czasu do czasu melduje się z nowinkami: A wiesz jak długo będzie hamował pojazd poruszający się z prędkością 130 km na godzinę? Lodówka pusta. Herbaty z żurawiną brak.Czyli czas zacząć weekend po siedmiodniowym tygodniu pracy, który czarną dziurą zionie w mej pamięci.
Im mniej piszę, tym mniej pamiętam.


Im mniej piszę....żart losu.

Piszę od trzech lat. Codziennie. Kilka godzin dziennie.
Rutyna godna Murakamiego. 
Na dodatek głównie nie po polsku.
Co z boku wydaje mi się tak niesamowite, jak dziwne.

Jadąc taksówką z Torunia do Bydgoszczy na egzamin z wyspowego*, nie uwierzyłabym, że nie skończę studiów w kraju pochodzenia, ani nie napiszę ani jednej końcowej pracy w ojczystym języku. Że przez pewne dziewięć miesięcy dorosłego życia nie wypowiem ani jednego słowa po polsku. Że przyjadę do rodziny i będę myliła słowniki. Że będę budzić się rano w ramionach kogoś, kto nie przeczytał Herberta, Brzechwy i Tokarczuk. Że nie tylko pisać, ale przede wszystkim myśleć będę w trzech wokabularzach na raz.

Ciekawe, czy słowotwórstwo w obcym języku wpływa pozytywnie na kształtowanie rodzinnego? Są na sali lingwiści?

Im mniej piszę, tutaj, tym mniej pamiętam.
Czas przestać hamować i wrzucić w końcu drugi bieg. 
A co na to Wiewiór?
Samochód może zatrzymać się na przystanku autobusowym na ile minut? Trzy!


 * Jak przez mgłę pamiętam. Cyrograf wydawano raz do roku, kosztował pół pensji obojga rodziców. Płakałam tego ranka czytając na przystanku, że autobusy odwołano. Postój taksówek był po drugiej stronie ulicy.

Auto Post Signature

Auto Post  Signature