Image Slider

24h

29.09.2012

Stare, ale z fajnymi wspominkami związane.

Plecy bolą, stopy puchną, rządki czekolady znikają czwórkami, czasem niedobrze, częściej sennie, hormony szaleją, do łez doprowadza nawet zapomniany przecinek: Bebe niewątpliwie w doktoranckiej ciąży.

Jeszcze doba do oddania drugiej całościowej wersji wiekopomnego dzieła naukowego pod czerwone flamastry ciał pedagogicznych. Nie ważne jak się starać, to i tak pracuje się do ostatniej chwili lub prawie. Jedyna pociecha w Wiewiórze, który zaparza kolejne herbaty i czaruje kolorowe tabelki w arkuszach kalkulacyjnych.

To będzie pierworodne. Nazwisko zachowa po mamusi.

Ogłoszenia drobne

26.09.2012
TU (klik! klik!) Bebe po zbójecku. Sekrety sączą się jej z rękawa.
Miło dostać takie zaproszenie.

A TU TU u FuNi!ty Bebe występuje jako Blogowe Odkrycie Tygodnia. Cóż za komplement! Dziękuję.



---  Witamy reklamy ---

Wieczory się wydłużają, zatem do dzieła!
szczegóły? klik klik w obrazek
Jak lans, to na całego: Bebe jest jurorem w tym fantastycznym konkursie. Nie może dać Wam forów, ale nagrody widziała osobiście i zapewnia, że gdyby regulamin na to zezwalał, to już chwyciłaby za kredki. Zachęcam gorąco! Nie tylko piszących! Choć uwielbiam słowotwórcze labirynty, nie mniejszą miłością darzę doznania wizualne. To może być wszystko: od animowanej interpretacji myśli Korczaka, poprzez plakat, komiks, rzeźbę, wydzierankę, po nowe ilustracje do Króla Maciusia czy innych książek Janusza K. w hafcie krzyżykowym. Ogranicza was jedynie własna wyobraźnia. Czekamy do końca listopada!


 --- Żegnamy reklamy ---

Gorączka ustępuje. STOP. Gardło drapie na dwa głosy. STOP. Wiekopomne dzieło naukowe dojrzewa. STOP. Niech stolica Tyrolu szykuje szpecle i inne szpecjały, przybywam z kagankiem oświaty! STOP.

Czasem, aż głupio, że tak dobrze

21.09.2012




Pada, w szyby poddasza stuka stereofonicznie.
Siedzimy przy jednym stole. Rysujemy.
Wiewiór według liczb (Kaczko! mamy rozwiązanie!), Bebe co popadnie. 
Dwie herbaty, jedna lampka.
Oprócz blatu dzielimy też gorączkę i ból gardła.

Nawet kiedy mi źle, jest mi z Tobą dobrze.

---

Wiekopomne dzieło naukowe jak wino. Dojrzewa.

Z notatnika podróżnika cz.3: Lans z kiszonym w torebce.

20.09.2012
Zdjęcie rodzinne


[11]
Jako przykładni turyści idziemy do osławionego Centrum Kopernika. Pierwszego i jedynego science centre w Polsce - idę zatem z zawodowego obowiązku i ciekawości. Choć bardzo się staram, to profesjonalnych okularów zdjąć nie potrafię. Rozpoznaję eksponaty z innych, starszych zagranicznych instytucji. Choć są też nowości, które dotykałam na konferencjach. Mentalna lista designerskich błędów wydłuża się w zastraszającym tempie (na obronę dodam, że popełnianych wszędzie, nie tylko nad Wisłą). Czyżby temat na drugi doktorat? Żeby nie zepsuć sobie wizyty, skupiam się na obserwacji współodwiedzających. Ludzie to ciekawe kreatury. Dwuletnie muzeum samym dotykiem potrafią zamienić w dziesięcioletniego staruszka. Mimo wszystko bawimy się wybornie i jemy ogórki kiszone z torebki:




Popołudniem kolejny punkt na kulturalnej mapie stolicy.
Najpierw przystanek w monopolowym: Trzy Kolory. Wino. Po drodze zwijamy Mariana, co zarządza kryzysami i idziemy do Centrum Sztuki Współczesnej jeść pizzę. Juliette i Paweł spędzają w Polsce już kolejne lato, w małym pokoiku w Laboratorium CSW. W zeszłe zbudowali tam piec chlebowy, wokół którego rozkładamy ławki, stoły i talerze. W tym, założyli ogródek (klik!klik!). A wszystko to w ramach letniej akcji "Zielony Jazdów, czyli CSW na trawie", gdzie obok kina, warsztatów, koncertów i wykładów, była też eko kuchnia autorstwa Juliette. A wyglądało to mniej więcej tak: film!klik!

Tak nam się złożyło w prasowej czasoprzestrzeni.

Piasek chrzęści w zerwanej przeze mnie bazylii, mam się postarać bardziej. Juliette ma teraz krótkie czarne włosy opasane różową chustą. Ugniata idealne kule z drożdżowego ciasta i zarządza jedynym dozwolonym pomocnikiem - mężem. Paweł - artysta i przyjaciela Bułki Starszej - posłusznie kroi mozzarellę, uciera w moździerzu czosnek z oliwą i wyciera nos marudzącej Z., która w końcu zaczęła porozumiewać się w narzeczu nadwiślańskim.Ot, siła polskiej ochronki, a może presja autochtońskiej grupy przedszkolaków, która na trzykołowcach, hulajnogach lub w skocznych krokach przybyła na pożegnalną pizzę. To ich ostatni dzień w tym kraju.

Zapada zmrok. Juliette krąży między gośćmi, słucha, dziękuje, śmieje się. Po czym wraca do pieca, by wyciągnąć z niego kolejną pizzę, posmarować jej brzegi oliwą z czosnkiem (pycha patent!) i posypać bazylią. Ciepły krąg. Bułka referuje przedszkolakom "Różnimisie". Jemy i pijemy do późna. Bohema artystyczna wykrusza się przez słaniającą się ze zmęczenia dziatwę.

[12]

Wybujała zieleń na dachu Biblioteki UW jest niespotykana i zaskakująca. Studenciki za oknem, jak w zoo, kują na poprawkowe. Bułka upolowała czterolistną koniczynę do Wiewiórowej kolekcji. Już wiemy, co będzie się działo w Prywatniku od Rymsa. Na parterze wystawa polskiego plakatu, chciałabym mieć co najmniej połowę z nich.

Czuły Barbarzyńca z huśtawką otula spokojem. Kawa pachnie cynamonem, wspomnienia dzieciństwa w PRLu wysypują się z niektórych okładek. Tylko książeczki w dziale dziecięcym smutnie zakurzone. Oglądam wiele uważnie i już wiem dlaczego "Wszystko gra" wyd. Wytwórnia wygrało w tym roku w Bolonii ilustratorskiego Oscara. Na szczęście to już końcówka lata, niebawem ruszą ponownie Czułe Czytanki.


Pokazuję Wiewiórowi nonogram:
- Jak to rozwiążesz, to się z tobą ożenię.

 

Rozwiązał ostatniego dnia, tuż przed odlotem, znajdując przy tym dwa błędy w zadaniu.
No to przechlapane.


 [13]
Pizza z Jackami pod najwyższym słupem energetycznym w Polsce. Wzrusza mnie, że chcą się spotkać, choć ona ma oddanie magisterki pojutrze i będzie pić kawę po nocach. Trzymam kciuki!

Urlop bez choroby nie jest urlopem, zatem zapadam na chorobę morską bez morza, za to z naddatkiem śniadania jeden i dwa. W nagrodę oglądamy film o kulinarnym tytule "Królik po berlińsku", czyli rzecz o murze berlińskim z perspektywy króliczej nory. 28 lat między murami - obraz jakich mało. A na deser naga Kate Winslet, która z zakochanej w literaturze kochanki w romantycznej komedii (przypisana kategoria filmowa) okazuje się poprawną esesmanką. Opadają nam szczęki w tej przypadkowej zbieżności gatunków.


[14]

Polska flaga. Lubię ten urbanistyczny polot.
 Zwiedzamy inne strony Warszawy.
Bułka ma taką wróżbę. Jak są misie na wybiegu zoo, to gra w totka. Były. Zagrałaś?

W oczekiwaniu na okolicznościową żywność.

 Turlamy się po Starej Pradze. Tu Pan Zdzisiu przysiadł na słupku, a świat się chwieje  nieco w bliźniaczym obrazku czerwonej cegły. Tam koledzy po fachu na fali mody otwierają kolejne atelier. A w ciemnych bramach kapliczki - zadbane, wymalowane, ukwiecone oznaki, że komuś tu jeszcze na czymś zależy. Kanapki na murku z żulami zagryzamy kiszonymi z torebki. Jeden świat obok drugiego. Za mostem otwiera się nowa, otwarta przestrzeń. Gdzie kiedyś w stadionowych budkach Chińczycy sprzedawali mydło z powidłami, tatusiowie chodzą alejkami oglądać Narodowy Stadion. W Parku Skaryszewskim na obrzeżach koledzy Pana Zdzisia urywają drzemkę pod dziką jabłonią. A im dalej tym więcej białych koszul, wysokich obcasów, rasowych psów i wystylizowanych dwulatków goniących Basie z orzeszkiem w dłoni. A tuż za rogiem cisza Saskiej Kępy. Mosiężna Osiecka siedzi przy mokrym deszczem blacie. Jednak zamiast ciasta wracamy na parkowe trawniki, pospać i pogadać o życiu.

Podobno można zwiedzić stolicę podążając ich szlakiem.

[15]
Ale odlot.
Bułka zatyka nam gardła na parkingu lotniska*.
Taka jest tam mała, że chciałoby się ją zabrać w bagażu podręcznym.

Wracamy do domu po 2kg chudsi. Pierogi i serniki zdecydowanie nam służą.
Liczne słoiki upchnięte w butach i skarpetkach przeżyły.
Trzy opakowania lodów o smaku ogórków kiszonych także.
Książki, dużo książek. Nawet Mistrz i Małgorzata. Ciekawe, czy nadal będą mi smakować.

To był dobry pomysł, ta Polska.
I ja odpoczęłam.

Do Siego!


* Zapisuję na wypadek, że będzie się w przyszłości wypierać:
Jak kupicie ten dom w górach, to ja rzucam to wszystko i przyjeżdżam do Was. Urządzimy ogród, będę składać warzywa w słoiki i niańczyć Wam dzieci. 



c.d. na razie nie.n.

Przerywnik obrazkowy

19.09.2012

Z notatnika podróżnika cz.2: Hobbiton

12.09.2012
Wiewiór w borówkach


Piszę to bezwstydnie spożywając teutońską słodką konfekcję bożonarodzeniową, która od tygodnia dostępna jest w pobliskim supermarkecie. A jeszcze Halloween nie było! - krzyczy Wiewiór z sąsiedniego biurka wrzucając do pyszczka migdały w kakaowych chmurkach. Bezbożnicy! - słychać z offu tradycjonalistów.

***
Aragorn: Nie zatrzymujemy się aż do zmierzchu.
Pippin: A co ze śniadaniem?
Aragorn: Już jedno jedliście.
Pippin: Pierwsze, tak. Ale co z drugim śniadaniem?

Zielona Wyspa wybucha śmiechem. Obecni na sali Polacy nie widzą w tym nic dziwnego.

***

Siostra Wiewióra wyznała, że lubi polskie sklepy na Zielonej Wyspie, bo pełne są słoików i konserw. Tak różnorodnych i kolorowych. Raduje mnie widok pełnych słoików!  Słoiki sprawiają, że jestem szczęśliwa!

***

[5]
Ze stolicy przenosimy się na mazowiecką wieś, niebywale nową i płaską. Rodzice Bebeluszka dowiedli bowiem, że zawsze warto jest spełniać marzenia. Zatem kupili upragnioną słoneczną chatkę między ugorem a pastwiskiem. Jest ogród, sad, pies, kominek i pokój gościnny. Jest też własnoręcznie posadzony kawałek lasu, które to miano zdobył wraz z pierwszym pojawieniem się w nim śmieci.

Wieczór w malinowym chruśniaku. Na kolację jeszcze ciepłe mleko pachnące krową.

[6]
Są dwa rodzaje grzybów: do zjadania i do uwieczniania.

Harmonogram dnia:
Podbieranie ogórków.
Obieranie kartofli na kartacze.
Pieczenie sernika z malinami.
Pieczenie murzynka, bo dawno nie było.
Lepienie kartaczy.
Składanie ogórków do słoika.
Polowanie na kurki w lesie.

Gotowanie zupy grzybowej, dżemu i słoików z ogórkami.
Wieczorna nalewka z ironii i krzyżówkowe łamigłówki*.
Okazuje się, że jestem rummikubowym tuzem!

* Polskie magazyny jak jeden mąż traktują często i obszernie o nowym rzymskim filmie Woody'ego Allena. W jednej z ról głównych Penelope Cruz. Przy wieczornych z krzyżówką zmaganiach:
- Trzynaście pionowo. "Półwysep i kraina historyczna w Grecji"
- Penelopez!

[7]
Malinowy chruśniak na śniadanie. Nawet pies zdejmuje obślinioną paszczą owoce z krzaków. A potem w ramach zwiedzania okolic, wycieczka do pobliskiego miasta wojewódzkiego. Wiewiór dziwi się połatanymi szyldami domom i ulicom. Czy notariusz to popularny w Polsce zawód? - pyta przy piętnastej tabliczce z tym samym wyrazem.

Tymczasem klasztor, Wisła, para młoda w sesji zdjęciowej z watą cukrową w tle, pijalnia wódki oraz lody. Dużo lodów, bo Mamusia Bebeluszka czaruje co chwilę nowy patyk z torebki.

O zachodzie słońca kradniemy z Bułką Starszą czerwone jabłka u sąsiada za płotem, a Wiewiór tymczasem nawiązuje nową przyjaźń na zawołanie: Siad! Wait! Here you go! Good boy! Pies z ADHD po raz pierwszy w życiu zaczyna słuchać**.

Kostka Rubika 7x7 w trudnych warunkach, czyli pod okiem teściów, zajmuje Wiewiórowi 25 minut.

**Trzy dni później słychać Tatusia Bebeluszka: Łajt! Łajt!



[8]
Jabłkowe kieszonki wg. przepisu Pani Prosiaczkowej. Lubimy to!


Pada, siąpi, chmurzy się i znowu pada. Cichy ranek szeleści kartkami krzyżówek i stronami gazet.
Nie ma lepszego lekarstwa na deszcz, jak zapach ciasta. Zwłaszcza z jabłkami. Odkrywam, że wolę piec niż jeść.Za to Bułka Starsza wykazuje niezwykły talent do robienia dżemu niemal ze wszystkiego. Nawet z Ufo, które ku zdziwieniu Wiewióra, rośnie sobie w trzech kolorach w okolicznym ogródku.
Nocą otwieramy domowe przetwórstwo serowe.

[9]
Odwiedziny u bohaterów "Roku w ogrodzie". Sadzonki stoją w rządkach jak na szkolnym apelu.
Miłorzęby, sosny, tataraki, jabłonki, świerki, leszczyny, klony, pelargonie i astry. Hektary zieleni układające się w labirynt i tylko patrzeć, aż królowa kier obetnie nam głowy. Wiewiór po raz pierwszy staje oko w oko z armią ważek. Myślisz, że irlandzkie elfy eksportują swoje ważki z Polski?
Mama Bebeluszka w swoim elemencie sypie złotymi myślami z rękawa: A za tymi trawami, są inne trawy.
Tatuś Bebeluszka kwituje: Gdyby to były wiertarki i glebogryzarki, mógłbym tu spędzić i trzy dni.

[10]
Zbieramy borówki.
Ogórki, patisony, kabaczki i cukinie.
Pakujemy słoiki z ogórkami. Kiszone dla mnie, konserwowe dla Wiewióra.
Dżem z ironii i kabaczka.
Tu wzruszenie chwyta serce, tam łzy po policzkach biegną, by ukryć się w kołnierzyku koszuli. Dom się im stworzył przy okazji domu, ciepły i otwarty. Że żal wyjeżdżać a miło wracać.
Jeszcze się zobaczymy. 

***

Po powrocie z Polski Wiewiór rozmawia z siostrą:
Polubiłabyś dom rodziców Bebe, zwłaszcza spiżarkę. Wyobraź sobie pokój pełen małych słoików wypełnionych jedzeniem. Od podłogi po sufit/ I oni robią tego więcej i więcej! Każdego dnia. To Hobbity! Mali, mili, a życie kręci się im wokół jedzenia.

Z notatnika podróżnika cz.1: Stolyca

08.09.2012


Ku dobrej, ale krótkiej pamięci. W częściach relacja z wakacji w kraju bebeluszkowych ojców.
Ostrzegam: będzie długo, reportersko. Ze zdjęciami nawet bardziej.

[0]
Zadania specjalne: Bebe - odpocząć; Wiewiór - zadbać, by Bebe odpoczęła. 


[1]
Palacze na lotniskach zamknięto w szklanych klatkach. Kiepsko ich widać w kłębach dymu. Podejrzewam, że kondensacja nikotyny jest tak wielka, że nie trzeba nawet odpalać fajek. Czuć je poza akwarium.

Coraz częściej słychać szmy...szmy...szmy....
- Szedł Sasza suchą szosą - powtarza Wiewiór niezbędne zdania.

Lot z prawdziwą litanią lotniczą, z przydzielonymi miejscami i kanapką z dziwnie słodką musztardą.
Zamiast soku, komunikat: Prosimy o zapięcie pasów. Kapitan przewiduje małe turbulencje. A w nawiasie grzmoty, gradobicie i złorzeczącego Zeusa na ognistym koniu. Niech mnie ktoś stąd zabierze! Przy siedemnastej zdrowaśce jednoczę się z fotelem. Wiewiór zaczyna chrapać.

...
Bułka średnia, zwana środkową siostrą, w szpilkach i konstrukcji osiemnastolatki postanowiła się na naszą cześć zestarzeć. Rodzinną tradycją jest, że imieniny są tuż po, a nawet w dzień rocznicy narodzin, zatem uroczyste obchody trwały. Nie zabrakło spektakularnych kłótni z groźbą wyprowadzki, spektakularniejszych przeprosin ze łzą w oku, szampana oraz zdobycznego piwa o dziwnych smakach, których to Wiewiór nie pamięta, ale przysięga, że nie były poprawne.

Z braku siostrzeńca, zamiast na podłodze, śpimy jak bogowie na dziecięcym łożu z mandalą wyścigówki na wezgłowiu. Tylko czy bogom wystają z łóżka pięty?

[2]
Doktor Lis schudł. Świeżo upieczone maleństwo - szepcze wyrozumiale asystentka. Najwyraźniej mu nie służy - dodaję w myślach. - Drugie zresztą, zaraz po tym pierwszym, którego miało w ogóle nie być. Natura poszła za ciosem. A ja za doktorem Lisem, na wygodny fotel i po osobisty śliniak. Przy Elektrycznych Gitarach doktor zaprawą murarską nowej generacji wyrównał wielkie kaniony mojego zgryzu, a przy Bajmie nadświetnym dłutem (mieczem?) wyrzeźbił na nowo przestrzenie między zębowe.

Wiewiór tymczasem naprzemiennie wędrował między Światem Dysku, Kostką Rubika i kieszonkowym Sudoku.

...
Popołudniem przy Pl.Wilsona zobaczyć można niejaką Annę Marię Jot spożywającą pączka u Bliklego. Nie, nie rzuciłam się jej na szyję. Nawet nie poprosiłam grzecznie o autograf. Przy owym placu jest też bowiem fantastyczny plac zabaw z gumowym chodnikiem w kolorowe kółka, gdzie skakaliśmy z Wiewiórem wprowadzając w zakłopotanie zgromadzonych rodziców sennie porozkładanych na okolicznych ławkach.

A że w stolycy się bywa, bywaliśmy zatem u Książek Zbójeckich na obiedzie. Po zbójecku raczyliśmy się kurczakiem, o którego niewątpliwych walorach smakowych Wiewiór rozprawia do dziś dnia (przepisu! przepisu!). Książki Zbójeckie od zaplecza to brązowy stolik, wiatrak w gorące dni, żółte tramwaje za oknem, ściany pełne zdjęć, perlisty śmiech, całe wagony pomysłów i odwagi. Miło, gdy przyjazna wirtualność, okazuje się serdeczną rzeczywistością. Dziękuję!

[3]

Trzęsącą się ręką, w tekturach i papierach, niosę do siedziby Rymsa grafikę mego autorstwa.
Ulica Wilcza sypie mi remontem w oczy. Chmurzy się, jest duszno. Mam tremę jak przed pierwszą randką.
Wiewiór robi za bodyguarda. Z wrażenia gubimy drogę między domofonem a drzwiami wejściowymi.

Robię ukradkiem zdjęcie. Jedyne, bo na więcej zabrakło mi odwagi.

 Małe mieszkanie w warszawskiej kamienicy. W jednym pokoju uśmiechnięci graficy podskakują na lekarskich piłkach. W drugim morze książek przelewa się przez regały. Wyławiam ukradkiem jedną wydawniczą perełkę za drugą. Na podłodze bohaterzy Gwiezdnych Wojen w gorącym splocie plastikowych ciał. Wiewiór chciałby. Ale siedzi grzecznie na krześle i udaje, że rozumie.

Na ścianach wiszą sobie pawie. Ten Wilkoń w wielkim formacie. Zielenieję z zazdrości i coraz bardziej wstydzę się zawartości mojego tobołka. Pod oknem ogromny biały stół, który naczelna Marta Lipczyńska-Gil dzieli z redaktorką Ewą Skibińską (pozdrawiamy! pozdrawiamy!).

Ciepła atmosfera i malejący świat: wspólne korzenie piernikowe, znajomości w piątej wodzie po kądzieli, Włochy, miłość do Erlbrucha. Nawiązujemy nitki porozumienia. O książkach rzecz jasna, rynku wydawniczym tu i tam. Aż chce się czytać, pisać, wspierać. Choć trochę mi smutno, że Ryms, jedyny na polskim rynku kwartalnik o książkach dla dzieci i młodzieży, drży o byt.


Na wyjście tona książek, w tym kultowy Prywatnik.
 

(...)
Po wielogodzinnej ciszy, Wiewiór ma swoje pięć minut. Prywatna lekcja wprawiania szkieł w oprawki i odjazdowe, NEOnowe okulary! Z nadmiaru wrażeń zasypia na pierwszej ławce w Łazienkach.


Tymczasem, "Psie Życie" ilustrowane rzeźbami Wilkonia:

"Mój los jak twój…
albo śpię na jedwabnej poduszce,
objadam się łakociami,
albo przywiązany do lichej budy
trzęsę się z zimna i głodu
albo błąkam się bezdomny
albo mieszkam z braćmi w schronisku.

Jednak mój los jest w twoich rękach,
mój przyjacielu,
mój panie."

[4]
Urlopowa tautologia: nareszcie dzień wolny.
Wolno nam wszystko i niespiesznie.
Snujemy się po starówce.
Wystawiamy twarze do mokrej bryzy nowych fontann.
Syrenka zastyga w upale z ptakiem na głowie.
Turyści robią zdjęcia pod słońce.
Siadamy w cieniu króla.
Kanapki z szynką i ogórkiem.
Tu panna młoda w sesji z iPodem.
Tam chłopak ze snowboardem szuka grupy na 14stą. Nic, że lato i płasko.
Dwulatek adoptuje nas na pięć sekund.

Krakowskie przedmieście jak spod igły.
Plac konstytucji rozkopany.
Prasowy zabity deskami. Szkoda. A tak miło było zjeść buraczkową z dziennikarzami.
Raz pyzy i schabowy z ziemniakami! Bar mleczny Złota Kurka wita gołym stolikiem bez ceraty.
Pani tu sobie weźmie sztućce! Klasyczne aluminium marki Społem zastąpił poliester.
Polska polskość Wiewiórowi smakuje.

Na koniec Łazienki, też jakby wydziergane.
Strażnik z misją ochrony pod kątomierz przyciętej trawy.
Pawie, mysz, karpie i Basie.
Dlaczego na wiewiórki wołacie Basia? 
No właśnie, dlaczego?


I w końcu zaczyna pękać kra na doktoranckich lodach....

c.d.n.



Auto Post Signature

Auto Post  Signature