Z notatnika podróżnika cz.1: Stolyca

08.09.2012


Ku dobrej, ale krótkiej pamięci. W częściach relacja z wakacji w kraju bebeluszkowych ojców.
Ostrzegam: będzie długo, reportersko. Ze zdjęciami nawet bardziej.

[0]
Zadania specjalne: Bebe - odpocząć; Wiewiór - zadbać, by Bebe odpoczęła. 


[1]
Palacze na lotniskach zamknięto w szklanych klatkach. Kiepsko ich widać w kłębach dymu. Podejrzewam, że kondensacja nikotyny jest tak wielka, że nie trzeba nawet odpalać fajek. Czuć je poza akwarium.

Coraz częściej słychać szmy...szmy...szmy....
- Szedł Sasza suchą szosą - powtarza Wiewiór niezbędne zdania.

Lot z prawdziwą litanią lotniczą, z przydzielonymi miejscami i kanapką z dziwnie słodką musztardą.
Zamiast soku, komunikat: Prosimy o zapięcie pasów. Kapitan przewiduje małe turbulencje. A w nawiasie grzmoty, gradobicie i złorzeczącego Zeusa na ognistym koniu. Niech mnie ktoś stąd zabierze! Przy siedemnastej zdrowaśce jednoczę się z fotelem. Wiewiór zaczyna chrapać.

...
Bułka średnia, zwana środkową siostrą, w szpilkach i konstrukcji osiemnastolatki postanowiła się na naszą cześć zestarzeć. Rodzinną tradycją jest, że imieniny są tuż po, a nawet w dzień rocznicy narodzin, zatem uroczyste obchody trwały. Nie zabrakło spektakularnych kłótni z groźbą wyprowadzki, spektakularniejszych przeprosin ze łzą w oku, szampana oraz zdobycznego piwa o dziwnych smakach, których to Wiewiór nie pamięta, ale przysięga, że nie były poprawne.

Z braku siostrzeńca, zamiast na podłodze, śpimy jak bogowie na dziecięcym łożu z mandalą wyścigówki na wezgłowiu. Tylko czy bogom wystają z łóżka pięty?

[2]
Doktor Lis schudł. Świeżo upieczone maleństwo - szepcze wyrozumiale asystentka. Najwyraźniej mu nie służy - dodaję w myślach. - Drugie zresztą, zaraz po tym pierwszym, którego miało w ogóle nie być. Natura poszła za ciosem. A ja za doktorem Lisem, na wygodny fotel i po osobisty śliniak. Przy Elektrycznych Gitarach doktor zaprawą murarską nowej generacji wyrównał wielkie kaniony mojego zgryzu, a przy Bajmie nadświetnym dłutem (mieczem?) wyrzeźbił na nowo przestrzenie między zębowe.

Wiewiór tymczasem naprzemiennie wędrował między Światem Dysku, Kostką Rubika i kieszonkowym Sudoku.

...
Popołudniem przy Pl.Wilsona zobaczyć można niejaką Annę Marię Jot spożywającą pączka u Bliklego. Nie, nie rzuciłam się jej na szyję. Nawet nie poprosiłam grzecznie o autograf. Przy owym placu jest też bowiem fantastyczny plac zabaw z gumowym chodnikiem w kolorowe kółka, gdzie skakaliśmy z Wiewiórem wprowadzając w zakłopotanie zgromadzonych rodziców sennie porozkładanych na okolicznych ławkach.

A że w stolycy się bywa, bywaliśmy zatem u Książek Zbójeckich na obiedzie. Po zbójecku raczyliśmy się kurczakiem, o którego niewątpliwych walorach smakowych Wiewiór rozprawia do dziś dnia (przepisu! przepisu!). Książki Zbójeckie od zaplecza to brązowy stolik, wiatrak w gorące dni, żółte tramwaje za oknem, ściany pełne zdjęć, perlisty śmiech, całe wagony pomysłów i odwagi. Miło, gdy przyjazna wirtualność, okazuje się serdeczną rzeczywistością. Dziękuję!

[3]

Trzęsącą się ręką, w tekturach i papierach, niosę do siedziby Rymsa grafikę mego autorstwa.
Ulica Wilcza sypie mi remontem w oczy. Chmurzy się, jest duszno. Mam tremę jak przed pierwszą randką.
Wiewiór robi za bodyguarda. Z wrażenia gubimy drogę między domofonem a drzwiami wejściowymi.

Robię ukradkiem zdjęcie. Jedyne, bo na więcej zabrakło mi odwagi.

 Małe mieszkanie w warszawskiej kamienicy. W jednym pokoju uśmiechnięci graficy podskakują na lekarskich piłkach. W drugim morze książek przelewa się przez regały. Wyławiam ukradkiem jedną wydawniczą perełkę za drugą. Na podłodze bohaterzy Gwiezdnych Wojen w gorącym splocie plastikowych ciał. Wiewiór chciałby. Ale siedzi grzecznie na krześle i udaje, że rozumie.

Na ścianach wiszą sobie pawie. Ten Wilkoń w wielkim formacie. Zielenieję z zazdrości i coraz bardziej wstydzę się zawartości mojego tobołka. Pod oknem ogromny biały stół, który naczelna Marta Lipczyńska-Gil dzieli z redaktorką Ewą Skibińską (pozdrawiamy! pozdrawiamy!).

Ciepła atmosfera i malejący świat: wspólne korzenie piernikowe, znajomości w piątej wodzie po kądzieli, Włochy, miłość do Erlbrucha. Nawiązujemy nitki porozumienia. O książkach rzecz jasna, rynku wydawniczym tu i tam. Aż chce się czytać, pisać, wspierać. Choć trochę mi smutno, że Ryms, jedyny na polskim rynku kwartalnik o książkach dla dzieci i młodzieży, drży o byt.


Na wyjście tona książek, w tym kultowy Prywatnik.
 

(...)
Po wielogodzinnej ciszy, Wiewiór ma swoje pięć minut. Prywatna lekcja wprawiania szkieł w oprawki i odjazdowe, NEOnowe okulary! Z nadmiaru wrażeń zasypia na pierwszej ławce w Łazienkach.


Tymczasem, "Psie Życie" ilustrowane rzeźbami Wilkonia:

"Mój los jak twój…
albo śpię na jedwabnej poduszce,
objadam się łakociami,
albo przywiązany do lichej budy
trzęsę się z zimna i głodu
albo błąkam się bezdomny
albo mieszkam z braćmi w schronisku.

Jednak mój los jest w twoich rękach,
mój przyjacielu,
mój panie."

[4]
Urlopowa tautologia: nareszcie dzień wolny.
Wolno nam wszystko i niespiesznie.
Snujemy się po starówce.
Wystawiamy twarze do mokrej bryzy nowych fontann.
Syrenka zastyga w upale z ptakiem na głowie.
Turyści robią zdjęcia pod słońce.
Siadamy w cieniu króla.
Kanapki z szynką i ogórkiem.
Tu panna młoda w sesji z iPodem.
Tam chłopak ze snowboardem szuka grupy na 14stą. Nic, że lato i płasko.
Dwulatek adoptuje nas na pięć sekund.

Krakowskie przedmieście jak spod igły.
Plac konstytucji rozkopany.
Prasowy zabity deskami. Szkoda. A tak miło było zjeść buraczkową z dziennikarzami.
Raz pyzy i schabowy z ziemniakami! Bar mleczny Złota Kurka wita gołym stolikiem bez ceraty.
Pani tu sobie weźmie sztućce! Klasyczne aluminium marki Społem zastąpił poliester.
Polska polskość Wiewiórowi smakuje.

Na koniec Łazienki, też jakby wydziergane.
Strażnik z misją ochrony pod kątomierz przyciętej trawy.
Pawie, mysz, karpie i Basie.
Dlaczego na wiewiórki wołacie Basia? 
No właśnie, dlaczego?


I w końcu zaczyna pękać kra na doktoranckich lodach....

c.d.n.



19 komentarzy on "Z notatnika podróżnika cz.1: Stolyca"
  1. Anonimowy18:37

    Nie Basia, tylko Ketoprom :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Parę lat temu na ekranach TV królowała reklama. Starszy pan próbując coś podnieść doznaje strzyknięcia w kręgosłupie, po czym z grymasem bólu na twarzy, woła swą szacowną małżowinę, trzymając się za plecy - "Basia, Basia!" Pokazuje się jak zawsze zaradna babcia, która poważnym głosem oznajmuje - "Nie Basia, tylko Ketoprom". I od tego czasu zapewne nie tylko u mnie w rodzinie, na wiewiórki woła się "Ketoprom" :) Wesołe okrzyki na spacerze - "Ooo! Ketopromy! Dajmy im orzeszka, ketopromiki chodźcie!" zawsze wywołuje uśmiech na twarzach współspacerujących i współkarmiących :)

      Usuń
    2. Buhahaha! A to ci historia! Tylko skąd ta Basia? Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.

      Usuń
  2. Piekne studium podrozy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Ktoś przeczytał do końca?

      Usuń
    2. Delektujac sie kazda litera!

      Usuń
  3. Kochana, było CUDOWNIE cię poznać i liczę na WIĘCEJ!!! Kurczak będzie na was czekał;)) Moc buziaków:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kuczok został hitem. I jeszcze jeden, i jeszcze raz! A jakże :)

      Usuń
  4. Bebe wróciwszy! Niech będzie długo i reportersko, ja poproszę! Cmoki! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie niebawem równie rozwlekły ciąg dalszy, żebyśmy się z Wiewiórem nie musieli w przyszłym roku kłócić, czy w Złotej Kurce były pyzy czy schabowy ;) Uściski!

      Usuń
  5. Próbowałam znaleźć w Necie oryginalną wersję tej reklamy, ale niestety oprócz kilku marnych parodii niczego więcej nie było.

    Słyszałam też, że nie wszyscy wołają "Basia, Basia", bo woła się też "baś, baś", jak na baranki. Na Mazurach nie znają w ogóle zawołania "Basia" na wiewiórki, podobnie w Małopolsce, a w niektórych regionach Polski (Wielkopolska, Lubelszczyzna) woła się "Basia, Basia" na nieznajome konie oraz często daje się koniom na imię "Baśka". Wychodzi na to, że temat Baś jest zawiły i nie wiem, czy możliwy do rozwiązania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wiele wyjaśnia! a. Bebe dziewczyną z Mazur. b.Ciosia z Podlasia Basią zwała kobyłkę. c.Na Mazurach w ogóle się nie woła Wiewiórek.

      p.s. Intrygujący nick, zwłaszcza, że przedpremierowy :)

      Usuń
  6. Doczytałam przed chwilą, że na krowy też tak gdzieniegdzie wołają, ale i na owce też się zdarza :)

    p.s. Czekam z niecierpliwością tak nieprawdopodobną, że pewnie przeczytam ze trzy razy, zanim zdążę dojść z księgarni do domu :) A że na imię mam tak samo i spodobało mi się pisanie go w musierowiczowski sposób (sama nigdy na to nie wpadłam), tym bardziej jestem ciekawa, co też tę bohaterkę spotka. Mam nadzieję, że się nie rozczaruję. Oczekiwania rosną w miarę upływu czasu, a wraz z innymi wielbicielami czekamy już czwarty rok :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie doczytałam wszystkie dostępne części, zatem i ja czekam na ciąg dalszy. Czy to będzie już część przedostatnia?

      Usuń
  7. Przepraszam, że wrzucam nowy komentarz za każdym razem, zamiast odpowiedzieć, ale z nieznanych mi, tajemniczych przyczyn guzik "Odpowiedz" mi nie działa...

    Wiem, że po McDusi ma być kolejna, ale mam nadzieję, że nie będzie to jeszcze ostatnia, bo zapłaczę się na amen.

    Nie mogę się doczekać dnia, kiedy swojej przyszłej pierworodnej przekażę całą kolekcję, żeby i ona poznała, co to znaczy zapominać o całym świecie i z wypiekami na twarzy znikać w innym wymiarze, nie chcąc, aby te chwile kiedykolwiek się kończyły :)
    Zresztą podobnie, jak przy czytaniu pewnego bloga pewnego bebeluszka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) też zbieram wszystkie części, dla siebie, bo jakoś lubię do tych książek wracać.

      Usuń
  8. Napisałas tak, że odniosłam wrażenie, iż byłam z Tobą:))Paczucha,

    OdpowiedzUsuń

Auto Post Signature

Auto Post  Signature