Image Slider

kapitulacja

29.10.2010
w obliczu regularnego biegania oraz jednorazowej biegunki panna szklane oczko ogłosiła niechętną kapitulację,
zamiast białej chusty, mrugając niezdecydowanie czarnym...67,3....67,2....67,1.....67,3.......

spadek o przyzwoite 0,7kg zadowala bebeluszka w pełni. no prawie.
wykorzystując wahanie przeciwniczki, bebe postanawia wziąć kapryśnicę na przetrzymanie. niech się okaże w boju, kto jest wałek twardy a kto miękki. bebe wsiada w trampki, by dzień jak co dzień przemierzać kilometry galaktyki do szczupłości.
howk!

test spodniowy

27.10.2010
w dawnych jak nieprawda czasach, bebeluszek dostał paczkę z zagranicy. a w niej między falbankami z reserved, tomami jeżycjady i marynarkami z gebera, najprawdziwsze jeansy. rozmiar 36/38. Bebeluszek spodnicowy spodni takowych nie posiadał od prawieku. tym bardziej zatem, porwał pantalony i popędził do lustra. z lekkim niedowierzaniem...zmieścił się. i nawet guzik zapiął. nie dość tego nic nie cisnęło. nic się nie wylewało. to były czasy bebeluszkowo-rurkowe. bardzo pyszne. bardzo zaprzeszłe.

nieco później, w czasach mniej dawnych, bebeluszek sięgnął z nieukrywaną nadzieją po te same jeansy. przegrywając z bikini przetarg na miejsce w plecaku, zimowały całe lato na yam-yamowej półce. stanął bebeluszek przed lustrem. z zapartym tchem, na bezdechu, przecisnął rurki przez uda. i tam się przeprawa skończyła. guzik i dziurka oddalone od siebie o lata kosmiczne dziesięciu centymetrów.....

w czasach o 3 kilo chudszych, początkiem jesieni oznaczonych, planeta guzikowa zaczęła powoli orbitować w okolicach trzy centymetrowej trajektorii.

a od tego czasu.....jak powszechnie wiadomo, waga jak to ciele przed malowanymi wrotami....kpi sobie z bebeluszka, nogę na nogę zakłada i ani myśli się choćby o milimetr posunąć...zmiany zachodzą jedynie w poziomie bebeluszkowej motywacji.....opadającej wprost proporcjonalnie do upływających jednostajnie i bardzo naukowo dni.....wiewiór bohatersko wyciągnął drabinę. kazał wyjść bebeluszkowi z doliny na stronę świetlistą i dokonać niemożliwego. przymierzyć jeansy. bebe się wściekła. po co on mi to robi? przecież się NIC nie zmieniło! tylko i wyłącznie na dowód wiewiórowi, jak bardzo się myli oczywiście, bebe wyszła na chwilę z dołka, by zniknąć w czeluściach szafy. wydobywa spodnie i staje plecami do lustra. wciąga z triumfem.....wciąga coraz wyżej....łydki...kolana...uda....biodra...?????......galaktykę miedzyguzikową przemierzyła już z prędkością światła. guzik ze stoickim spokojem dokuje w dziurce. a bebe opada w oszołomieniu na krzesło. wiewiór bananowy. a jeansy bez(sz)czelnie wchodzą! choć waga nie spada. choć nic się nie zmieniło. choć cisnął jeszcze. ale wchodzą. 

test spodniowy zdany! teraz kolej pani szklane oczko.


przed/z......zimie/ę

26.10.2010
waga się buja....a bebe biegnie...mróz maluje galaktyki na szybach samochodów....gołoledź iskrząca...pierwszy kałużowe lodowiska.....dwa stopnie poniżej zera....wschód słońca...mgły wstające nad rzeką....i czerwone bebeluszkowe poliki....jednym słowem: przedzimie.
choć w uszach był jeszcze george winston bardzo jesienny....jego zimę bebeluszek zostawia sobie na tradycyjne pakowanie prezentów. będzie grudniowy wieczór. miękki dywan. świece. będzie inka z cynamonem i gwiazdki w białym lukrze, szelest papierków i burza wstążek. a w tle właśnie winston naprzemiennie z dianą krall....aż się bebeluszek rozmarzył. choć trudno uwierzyć, że to już za niecałe dwa miesiące!

nieznośna ciężkość.....myśli

24.10.2010
oszroniony przedzimowy poranek. miasto śpi pod niedzielną pierzynką. bebe z na wpół otwartym okiem snuje się przez zimne korytarze w stronę pokoju panny szklane oczko......głowa niedobudzona, ale myśli kotłują się już o pierwszeństwo. wiekopomne dzieło. nowy rozdział. trasa porannego biegu. nieprzeczytane notatki. rachunek za prąd. przeprowadzka. nowe połączenie internetowe......bebe w rosole wita się z panną kapryśną.....a ta bezczelnie wylewa na bebeluszka kubeł zimnej wody: 68,9! zaspanie znika jak ręką odjął. myśli odlatują jak przestraszone gołębie. tylko jedna, jak ta tłusta kaczka na środku parkowego chodnika, tkwi na posterunku z wielkim znakiem zapytania w oczach: jak to możliwe???!!!! bebe z determinacją wspina się na wyrocznie raz jeszcze: 67,8. to to ja rozumiem! no to jeszcze raz...67,8...67,8....67,8........czyżby to myśli ważyły ponad kilogram????

spadek czy nie-spadek??

23.10.2010
panna szklane oczko spuściła lekko z tonu. o całe 100 gram. nadzieja to czy kpina?

na trampolinie

21.10.2010
baja mówi: "Waga stoi, bo...nabiera rozpędu!"

bebe wizualizuje: waga, jak młody byczek. para z nozdrzy bucha. kopytko ryje ziemie raz po raz. z oczu iskry lecą. istota siły, samozaparcia i wiary w siebie. nakręca się by ruszyć. i to z największym impetem. z wiatrem w uszach i ogniem w źrenicy.

a może bebeluszkowa waga to jednak skoczek trampolinowy. taki z gracją. wyprężony do ostatka mięśniowego. na tle nieba. nogi proste. ręce wyciągnięte na boki. jak świeca prosty. i zaraz skoczy w doł. za minutkę. tylko jeszcze jedna chwila skupienia...jeszcze jeden wdech i wydech.....i spojrzenie w dal....

bebe wizualizuje i czuje się lepiej. bebe poczeka. wdech...wydech...

czary mary

20.10.2010
waga stoi w miejscu jak zaczarowana.po spektakularnym spadku stanęła dęba. łypie kapryśnie i pogardliwie swym szklanym okiem i niezmienną cyfrą na bebeluszkowe ciałko. to muszą być czary. bo bebe jest naprawdę dzielna.
wchłanianie ograniczone: jest.
ćwiczenia: są.
bieganie: jest.
i dni bezsłodyczowe = bezkompulsowe (już w ilości 19): są.

o co chodzi tej kapryśnicy???? gupia jakaś. bebe daje jej czas do soboty. jak się do tego czasu nie opamięta, to bebe będzie musiała wszystko raz jeszcze przemyśleć. jeśli waga nie spadnie....to spadnie na pewno bebeluszkowa motywacja....a do tego dopuścić przecież nie można. howk!

złota yam-yamowa jesień

19.10.2010

jesień. pobudki w butach do biegania. miękki szelest pod stopami i drżące złoto przeszywane plamami nieba. a na deser inka ze szczyptą cynamonu. taką jesień bebeluszki lubią najbardziej.

imogen...czyli bebe w niebie

to oficjalne....a bebeluszkowi słów brakuje......bebe patrzy i się rozpływa.....

......a na zdjęciu: tak! na wyspach wszystko jest możliwe....to maraton! z okazji setnej rocznicy tego miejsca :) 524 okrążenia....

a serce mu bije jak oszalałe......dokładnie tutaj.....dokładnie 5 listopada w the royal albert hall (w jednej z najsławniejszych sal koncertowych w londynie)...będzie bardzo bebeluszkowo...będzie imogen heap....a bebe będzie najprawdziwszym vipem......w przednim pluszowym fotelu!!!!!

tymczasem bebe otula się przedsmakiem audialno.......first train home....



wizualnym...... imogen heap....goodnight and go........

 

wbrew maniakalnej logice profesjonalnej odchudzaczki.....istnieje świat nieświadom kilokalorii......jak to dobrze, że czasem bebe znajduje i do niego drzwiczki....
howk!

donosy i inne meldunki

16.10.2010
bebe się przeprowadza. chwilowo z bebeluszkowa do pracowni w mózgowni. stąd cisza w eterze. a dzieło wiekopomne pączkuje na pulpicie. jeszcze 16 dni....jeszcze 16 dni....jeszcze 16 dni.....


a długofalowo, z okazji imienin wszystkich, bebe zmienia lokum na matrioszkę czyli domek w domku. południowe bebeluszkowo z widokiem na błękit nieba i odrębność sąsiedzką. na wyposażeniu stół drewniany, cztery krzesła, czerwone dywany i wanna wolno stojąca na czterech lwich łapkach. bebe w piance będzie się w niej permanentnie marszczyć. mniam!

panna szklane oczko przysnęła. i nawet przeziębienie nie jest w stanie jej obudzić. może to i lepiej.

spotkanie mulionerów na szczycie uratowane i jak najbardziej rzeczywiste! w stolicy stolic! będzie wino, torty w kształtach bardzo cielesnych i cała fura wariatów. bebe szaleje! bebe się cieszy! bebe musi schudnąć! co tam musi! bebe chce! howk!

misja

12.10.2010
dzisiaj bebeluszek nie poszedł na zumbę. jutro jest szansa. za to poszedł na uczelnie. wydrukował tysiąc stron do przeczytania na przedwczoraj. podyskutował filozoficznie z matką chrzestną wiekopomnego dzieła. zmęczył się myśleniem o tym co jeszcze do zrobienia.wypił kawę. wpadł w panikę, że jednak nie zdąży. zrobił ćwiczenia oddechowe w kolejce do biblioteki. starał się ratować mulionerski spęd. popadł w depresje, że jako przyszłość międzynarodowego świata naukowego jest jednak do niczego. kupił 2,5 litra bardzo chudego mleka. zestresował się brakiem stresu. a teraz pije kakałko.....a to jest zły omen.

bo bebeluszki kakałka nie lubią. już jako dziecko, bebeluszek musiał zostawać, wraz z marcinem-niejadkiem, przy przedszkolnym stoliku z nosem spuszczonym nad kubkiem niewypitego kakałka. dzisiejsze kakałko to koło ratunkowe. bo bebe już miała buty na nogach i portfel w kieszeni. a myśl rysowała tłustą kreska smażoną rybę i ciasteczka owsiane w czekoladzie.....w ostatniej chwili bebe przytrzymała się za rękę i poprowadziła do łóżka. klapnęła pod kocyk. włączyła jamiego walczącego o brokuły w amerykańskich szkołach i przez 45 minut biła się z myślami. nie muszę jeść...nie chce jeść...nie będę jeść.....nie potrzebuje jeść, gdy jestem zmęczona, samotna a różowe okulary zawieruszyły się gdzieś w stosie papierów na biurku. a poza tym, bebe nie może pójść paść się frytkami, jeśli gdzieś tam w odległej ameryce czternastoletnie dzieci umierają na cukrzyce spowodowaną otyłością. jeśli nie dla siebie, to chociaż dla nich. fantazja bebelowa nie zna granic.....a logika tym bardziej.......

bebe lubi robić coś w "imię". dla kogoś. dla czegoś wyższego. dla czegoś dobrego! bebe wspina się na wyżyny myślowe i odpływa w nowej wizji....w końcu tonący...wszystkiego się chwyta.....jeśli katolicy mogą modlić się za wyimaginowane nienarodzone dzieci.......jeśli fejsbukowcy mogą pisać o torebkach w ramach ratowania kobiecych piersi.......to bebe może odchudzać się dla otyłych amerykańskich dzieci. jeden kilogram. jedno dziecko. pierwsza na tapetę idzie britney. ma 16 lat. wystąpiła w programie jamiego, bo lubi gotować. waży ponad 120kg a przez to chora wątrobę. lekarze dają jej 7 lat życia...bebe będzie mocna. dla britney.

a po kakałku..... nawet wczesno-nastoletnie potomstwo sąsiedztwa lubujące się w wieczornej kakofonii nie zburzy bebeluszkowi spokoju ducha.....om...ommm.....ommmm.....

krok w nieznane

11.10.2010
dziś było inaczej. bebe. modra. i wio. jak to można żyć w nieświadomości przez rok. nawet w najśmielszych snach, bebe nie przypuszczała, że za tym mostem, który wyznacza granice jej niedzielnych jeszcze 100-minutowych przebieżek...że za tym mostem kryje się taki raj! a właściwie wieś! najnormalniejsza w świecie yam-yamowa wieś. krowy. owce. konie. las. kawał łąki. pachnie swojsko i znajomo. mijani ludzie odwzajemniają się uśmiechem. a bebe zachłyśnięta tą prostotą zabiera aparatem obrazy jak okruchy chleba ze stołu. łapczywie i z namaszczeniem. i jedzie dalej. póki jej się zimno nie zrobi. póki nie zajdzie słońce. ostatnie metry były już przy księżycu...i donośnym nawoływaniu sowy przeplatanym doniesieniami o powrocie voldemorta. czasem warto jest zrobić krok w nieznane.

rozważania niedzielne przy pogodzie

10.10.2010
"usiłuję wykorzystać tę piękną pogodę do maksimum!:))" pisze emwuwu. bebe też korzysta. jak najbardziej. od sześciu godzin słowotworzy profesjonalnie. wiekopomne dzieło naukowe jak paczek w maśle, zaczyna nabierać okrąglejszych kształtów. za oknem błękit nieba i klony pofarbowały się na złoty blond. trzeba wykorzystać piękną pogodę, myśli bebe, póki sąsiedzi w parku a za ścianą błoga cisza....

krwiste bohaterstwo

09.10.2010
bebeluszek zawsze chciał zostać bohaterem. uratować komuś życie! zmienić świat na lepsze w swym bebeluszkowym mikrokosmosie! bebeluszek chciałby być honorowym dawcą krwi. bo oprócz dumy i miejsca na wyższym szczebelku na drabinie do raju, można się dorobić gór czekolady. jasna sprawa!

rutynowe pobranie krwi. doświadczona pielęgniarka i praktykantka. bebe hojnie udziela się jako królik doświadczalny. młodemu pokoleniu trzeba pomagać. bebe nie patrzy. bo jak patrzy to mdleje. odwraca głowę i skupia się na mapie świata leżącej na biurku. alaska. to tam, gdzie żyją losie. a tubylcze szczepy indiańskie używają guano jako środka na walkę z przewlekłą grypą. bebeluszek przypomina sobie lekcje poglądowe z doktorem fleischmanem. jakby z oddali bebe słyszy głosy. wbij się głębiej. trochę głębiej. jeszcze troszeczkę. 30 sekund a mała fiolka pełna ciemnoczerwonej cieczy ląduje tuż obok los angeles. ale tego bebe nie widzi. bebe widzi ciemność. ciemność widzi.
- I'm not well - oznajmia starając się o spokój w głosie.
- Oh no! You are doing really well! - pociesza ja pielęgniarka.
- No! I AM NOT WELL!!!! - bebeluszek próbuje wyartykułować poprawność gramatyczną. nie czekając na odpowiedź pakuje mózgownicę poniżej kolan. gest mówi więcej niż słowa. służba zdrowia transportuje bebeluszka na szezlong i każe leżeć. ciśnienie poniżej normy. kwadrans później bebe sączy yam-yamową herbatę z mlekiem i z żalem myśli, że oto prysł czar. bebe nigdy nie zostanie dawcą. a tym bardziej honorowym. a przecież jest dodatnie zero. ciecz najlepszego gatunku. no cóż. nie każdemu pisane krwiste bohaterstwo i czekoladowe himalaje.

p.s. w krainie yam-yam bebeluszek i tak nie ma szans. jako człowiek z przeszłością poza wyspowa jest automatycznie dyskwalifikowany jako dawca. gdyby łatwo było zostać bohaterem, to nie byłoby już bohaterstwo....

albinos w bombonierce

07.10.2010
wtorkowy wieczór. kolejna wyprawa z cyklu "poszukiwania najlepszego instruktora zumby".

tym razem oferta była nader zachęcająca, bo oddalona zaledwie 2 minuty rowerowe od domowych pieleszy. atrakcyjność oferty podwyższały też godziny wieczorne zajęć. dotychczas bebeluszek trafiał tylko na zajęcia około południowe, wyginając śmiało ciało w nielicznym gronie wielodzietnych matek ze stażem i bezrobotnych. co w sumie nigdy mu nie przeszkadzało, jednak skutecznie burzył procesy słowotwórstwa profesjonalnego.

bebe wpadła do sali w ostatniej chwili. ledwo wciągnęła sportowe portki na zanikające pośladki, a pierwsze rytmy salsowo-rumbowe popłynęły z głośników. nawet nie zauważyła, że ona - bebe-blada twarz - tańczy w towarzystwie trzydziestu ponętnie krągłych czekoladowych pań. istna bombonierka. tylko bebeluszek jak ta biała czekoladka z różowym lukrem na twarzy. a ukoronowaniem tego pudełeczka rozkoszy była kendi-instruktorka!!!! istna wiśnia procentowo kandyzowana w czekoladzie z dużą zwartością kakao najlepszej jakości. estetyczna ekstaza ogarnia bebeluszkowe serce....niewiarygodnie białe zęby śmieją się do niego z każdej strony....biodra falują...serce bije coraz szybciej....pot leje się hektolitrami....a bebe odkrywa w sobie nieznane dotąd pokłady seksapilu i miękkości kolan. a przynajmniej tak mu się wydaje...tchnęło afryką....gorącem pustyni i krwistymi zachodami słońca.... to jest to! zuuuumbaaaaaa!

co zrobiłby bebeluszek gdyby miał odwalić kitę....

05.10.2010
bieganie z rana jak słodka śmietana! i to najlepszej jakości! zwłaszcza uda się przekonać zaspane ciało, że bardzo chce mu się o wschodzie słońca spocić w lesie. 72 minuty sportowej nirwany zaliczone. a bebe czuje się tak:



o poranku mózg dryfuje w nieznane zaułki podświadomości.....a dziś, między omijaniem kałuży a uśmiechem do staruszka z czarnym spasionym labradorem, cytował bebeluszkowi z króla Juliana:

"Gdybym to ja, król Julian, miał odwalić kitę za dwa dni, to zrobiłbym te wszystkie rzeczy, o których wcześniej tylko marzyłem. Od dziecka chciałem zostać profesjonalnym gwizdajłą. I wiesz, co jeszcze mógłbym zrobić? Najechałbym jakieś sąsiednie państwo i potem narzucił im swoją ideologię, nawet jakby wcale nie chcieli, wiesz? Musi być coś, co i ty chciałbyś zrobić. Jakaż to? Zdradź mi! Jakaż to? Błagam, zdradź mi! Nie chcesz, nie mów."

a co chciałby zrobić bebeluszek??? jako dziecko chciał zostać kucharką w przedszkolu. bo była w nim wielka maszyna do krojenia równiuteńkich kromek chleba, które mistrzyni chochli przecinała na trzy części i smarowała truskawkową marmoladą prosto z metalowego wiaderka...a później...taksówarzem...rycerzem....astronomem...artysta linorytnikiem...a dziś??? dziś bebe pojechałaby na machu picchu....yabrałabz wiewióra pod namiot i nauczyła go słuchać jak się wszechświat rusza.....wydałaby książkę...kupiła jedwabną sukienkę....nauczyłaby się chodzić na obcasach...skazałaby plastikowe torby na banicje....a studiowanie doliczyłaby do emerytury...i stałaby się konstruktorem i producentem najpiękniejszych kalejdoskopów na świecie!

a wy, co wy chcielibyście zrobić?

lustrzana perspektywa

04.10.2010
po porannej wodzie z cytryną....i obowiązkowej dywanowej poniewierce solo...bebeluszek stanął przed lustrem w pełnej krasie. na tle zielonej ściany. w białych gatkach i takowym cyckonoszu. słońce poranne, błękitno-podniebne......za ścianą błoga cisza...bebeluszek patrzy między złote ramy. a to co widzi, prezentuje się całkiem rozkosznie! fajny ten bebeluszek! nawet ponad wszelką przyzwoitość upasiony wałek nie jest taki zły, jak go bebeluszkowa wyobraźnia maluje. a może to perspektywa lustrzana nadaje mu uroku? perspektywa krzesłowa nadal przywodzi na myśl rodzinne pagórki mazurskie. a wałek lustrzany jakby solidniejszy niż rok temu. nawet kaloryfer majaczy na bezdechu. bebe odwraca się i kontroluje zmorę. wałki plecowe - podstanikowe. a te w zdecydowanym zaniku! czyżby tym razem kilogramy poszły w części przednie??? to fakt. melony o kaliber większe. niejedna odchudzaczka bebeluszkowi pozazdrości. kolejny rzut oka na rufę bebeluszek opiewa głośnym gwizdnięciem. fju fju! bo są! na samym końcu pleców, jak dołeczki uśmiechowe, śmieją się do niej dołeczki plecowe! wiewiórowe ulubione. ach! - myśli bebeluszek - ja to jo!

matka angielka

03.10.2010
baja to matka polka. ta co miłość wyraża jedzeniem. bebeluszkowa matka też polka. ale nie umie gotować. o jakości jej wyczynów kulinarnych świadczy najlepiej fakt, że ulubione potrawy bebeluszka pochodziły ze stołówki szkolnej. naleśniki z serem. fasolka po bretońsku. i niewątpliwy zwycięzca: potrawka z kurczaka z groszkiem i marchewką. za to wyroby drożdżowe, zwłaszcza smażone to specjalność bebelusykowej matki. bebe wychowała się w pączkowo-racuchowym raju!

a jak wyraża miłość matka angielka? bebe poznała jedną. matkę watsona. małą okrągłą kobietkę z krótko-ostrzyżonymi czerwonymi włosami i ukochanym śnieżnobiałym terierem pod pachą. matka angielka wita swe dziecko z szeroko otwartymi ramionami. po czym przytula je nieskończenie długo, zapewniając o swej miłości w sposób werbalny i taktylny. po czym to samo czyni z każdym przybyłym gościem. bebeluszek też miał zaszczyt utonąć w miękkości jej ramion. w pokojach posłane łóżka. na każdym wezgłowiu pachnący czystością ręcznik, a na nim mini-czekoladka i żel pod prysznic w kształcie kłapouchego (obiektu platonicznej miłości watsona). matka angielka zabiera swe dzieci do kina. a potem odwozi je do pubu wciskając im na odchodne papierki na taksówkę i piwo. sama wraca do domu, by sobotni wieczór spędzić na przygotowaniach niedzielnego obiadu. lub nie. bo matce angielce może się nagle odechcieć. wtedy bez wyrzutów kładzie się w swym królewskim łożu i czyta kolorowe pisma. a następnego dnia, na pytanie co na obiad, odpowiada beztrosko: "fish & chips!". matka angielka może sobie na to pozwolić. w końcu po to kupiła dom nad morzem. świeża ryba najwyższej jakości, choćby okryta najgrubsza warstwa panierki, nie umniejszy nikomu. a ryby owe są półmetrowe. konia z rzędem temu, kto podoła całości! i tak w niedzielne wczesne przedpołudnie cała rodzina watsona (plus bebeluszek), siedzi przy stole wśród szarych papierków zdobionych fantazyjnie plamami tłuszczu. w obiegu sól, majonez i pure z groszku. aż im się brody świecą!
tradycyjna matka polka umarłaby ze wstydu. matka angielka umiera ze śmiechu. ryba i frytki to przecież tradycja.

lekcja trzecia: jedz jak świnia....wyglądaj jak świnia!

02.10.2010
- widziałaś grubego konia ? - zapytała metaforycznie mądra książka. bebeluszek wytęża mięśnie na mózgu....zagląda w każda dolinę i zaprasowanie.....tłustego konia tam nie ma. książka mruga porozumiewawczo okiem i dodaje:
- a czy słyszałaś kogoś mówiącego "o! ten to jest gruby jak koń!!!"?
bebeluszek kręci przecząco głową....a może to niedowierzanie....bo co ma piernik do wiatraka a koń do odchudzania??? tu mądra książka zmienia nagle temat:
- a widziałaś grubą świnię????? lub słyszałaś o kimś obdarzonym takim epitetem? a ile razy patrząc w lustro sama siebie tak nazywałaś?
skonsternowany armatnim ogniem pytań bebeluszek czerwieni się lekko, a książka mądrzy się dalej:
- popatrz jak jedzą świnie: walczą o pokarm, nie odpuszczą żadnego kęska. jedzą szybko i wszystko co popadnie. jedz jak świnia i wyglądaj jak świnia! - wypaliła w końcu z grubej rury. i dodała - a jak jedzą konie?
- zielono i trawiasto ??? - myśli bebeluszek i uśmiecha się na myśl o kiełkach budzących się właśnie na parapecie...
- no też...ale przede wszystkim konie jedzą powoli! przeżuwają dokładnie każdy kęs. przyznaję...może to tylko metafora, ale rozumiesz o co mi chodzi?
bebeluszek przytakuje niepewnie, po czym wizualizuje zielone łąki przykryte kołderką porannej rosy. a na nich dzikie konie w biegu i w pierwszych promieniach słońca. bebeluszek przygląda się im z oddali. są silne, dostojne, pełne gracji. ich widok napawa bebeluszka wewnętrznym spokojem. świń bebeluszek nie musi wizualizować. wystarczy przypomnieć sobie odcinek shaun the sheep. i wszystko jasne.


będę jadła jak koń....będę jadła jak koń...będę jadła jak koń.....i wyglądała jak młode źrebię! howk!

Auto Post Signature

Auto Post  Signature