Image Slider

Jest Robótka!

26.11.2018
Ahoj przypadkowy przechodniu wyrzucony na brzeg tego zakątka internetu zapewne jakimś nadzwyczajnym rykoszetem losu! Choć w prawdzie na tych ziemiach pora suszy i nieurodzaju, to wiedz, że jest oaza! Bo bez względu na wzgląd i wszelkie turbulencje kręgosłupowo-życiowe:

JEST ROBÓTKA!
I to po raz dziewiąty!
Wskakuj tędy! (Klik w obrazek!)

https://jestrobotka.blogspot.com/2018/11/robotka-2018.html


A w astronomicznym skrócie... dla tych co się boją klikać w nieznane:

Celem Robótki jest coroczne odpalanie fajerwerków radości za pomocą kartek pocztowych wśród mieszkańców Domu Pomocy Społecznej w Niegowie. Czas trwania: **15.11.2018 - 30.01.2019**

Szczegóły na: https://jestrobotka.blogspot.com/

Rehabilitacja

14.09.2018
[Po 4 tygodniach ze streptokokami...]

Prolog: Rok temu "wypadł" mi dysk i do dziś hula gdzieś w okolicach krzyżowych.

Dane mi było zaznać życia rencistki i 4 tygodnie lata spędzić na półkoloniach w centrum rehabilitacji w Wielkim Mieście Wojewódzkim. Codziennie rano, dostarczywszy uprzednio Grudkę do ochronki*, stawiałam się w sportowym outficie w przybytku zdrowia uzbrojona w bidon, dwa ręczniki i kostium kąpielowy.

Mój indywidualny plan dnia zawierał niemal wszystko. Od klasycznych masaży, przez ćwiczenia równowagi, egzotyczne łóżka wodne, pantomimę rowerową w basenie, progresywną relaksację, po wykłady z prawa socjalnego dla rencistów, feng shui w biurze i psychologii bólu. Holistyczne podejście do problemu mile mnie zaskoczyło.

Jednak, wbrew początkowym oczekiwaniom, okazało się, że rehabilitacja to jednak nie urlop. Lwią część dnia stanowiły czynności wyciskające ze mnie siedemnaste poty. Co w sumie nie było trudne, zważywszy, że właśnie w Bawarii odnotowywano - jak co roku - falę upałów stulecia. Nietrudno było stracić też w tym procesie trzy kilo żywej wagi. Zwłaszcza, że stołówka kurtuazyjnie zapominała o duecie mych nietolerancji i częściej niż rzadziej w ofercie miała dla mnie jedynie talerz sałaty, w dobrym dniu - okraszony surową marchewką.

Czy pomogło? Pomogło! Zwłaszcza ten trzeci tydzień, gdy Grudka zachorowała na ospę* i kiblowała z ojcem w domu, a mi odpadły liczne obowiązki i odpowiedzialności. Człowiek (ja!) jednak dużo nosi w głowie. Człowiek (ja) może się nauczyć, że dla swojego ego chce i może zrobić wiele (20 sekund plank w najtrudniejszym wariancie! A co to dla mnie!), ale może tym sobie bardziej zaszkodzić niż pomóc. Człowiek (ja) może być zmuszony uznać, że zajmowanie się sobą to nie luksus, a konieczność.

Człowiek (ja) może też odkryć, że nie trzeba tej cytryny życia cisnąć do ostatniej kropli. Że można z tej cytryny zrobić też lemoniadę. Tylko trzeba sobie dosypać cukru.

"Radykalnie zwolnić i odpuścić" odnotowano mi czerwonym flamastrem na podsumowaniu.

Idę kupić cukier.


[...]
Tymczasem Grudka przeskoczyła przez płot ochronki i w sąsiadującym przybytku awansowała do miana przedszkolaka. Pół dnia w grupie Uszatków przeczesuje mej Potomce mózg na tyle, że na własne życzenie latorośl dokonuje wieczornych ablucji już w czasie Teleexpressu. Życie byłoby piękne, gdyby nie jej spontaniczne pobudki między 4:30 a 5:30. Niestety, Grudka uznaje, że wstawanie to zajęcie grupowe. Od dwóch tygodni cieszymy się, gdy budzik o 6:20 zastaje nas jeszcze w łóżkach.



* Co odnotowuję na wypadek, gdyby kiedyś historia próbowała się powtórzyć, a moja córka w panice perspektywy rychłego rozmnożenia dowiedzieć, jakie choroby zakaźne udało jej się zaliczyć.

Okno bez zasłonek

06.07.2018
Lubię, gdy ludzie nie mają zasłonek w oknach. Mogę wtedy podglądać ich w domach, gdy wieczorem idę przez wieś. Widzieć, jak urządzili swoje domy. Liczyć ile osób ma dokładnie tą samą brzydką lampę w dużym pokoju. Patrzeć czym się właśnie zajmują i co oglądają w telewizji. Daje mi to poczucie wspólnoty. Przeświadczenie, że jesteśmy do siebie podobni.

Od 2,5 tygodnia nie spaceruję po zmroku po Małej Wsi. Leżę w łóżku okupowana przez wojska zrzeszone streptokoków, wirusów influenzy i opryszczki. Myślałam, że po tak długiej przerwie bardziej będzie mi się chciało. Wierutne kłamstwo!  O c z e k i w a ł a m, że będzie mi się chciało. Działać.

A tu nic.

Głowa jak z betonu, mózg nadal na wewnętrznej pielgrzymce. Suchoty, katary, kaszle i inne atrakcje, tak niekompatybilne z pogodą za oknem.

Czekam. Aż mi przejdzie. Ale ile można?
Wiewiór pociesza, że powrót może mi zająć tyle, co ta cała choroba.
Normalnie tylko pójść i strzelić sobie kolejną dawkę antybiotyku.

Ale w malignie doszłam do jakże zaskakujących wniosków na temat mojego życia (no bo czyjego?!):

1. Tęsknię za pisaniem.

2. To, że teraz zawodowo rysuję, nie oznacza, że muszę ilustrować każdy post na bloga.

3. W zasadzie, nie muszę ilustrować żadnego posta na bloga.

4. Pisanie dla samego pisania i dokumentowania swojego życia i własnej przyjemności i krążące wokół własnego ego jak ćma wokół żarówki - jest całkiem przyjemnym sposobem na spędzanie wolnego czasu* i....

5. MOGĘ SOBIE NA TO POZWOLIĆ, nawet jeśli:

                  a. nikomu się to nie spodoba, nie przyda ani nie pomoże
                  b. nie zmieni to świata na lepsze
                  c. są bardziej pożyteczne rzeczy do roboty
                  d. to tylko dla mnie


Zrozumiałam w końcu, że dla mnie blog jest jak okno bez zasłonek.
Zaglądajcie jeśli chcecie.


*którego w prawdzie mało, ale jak już się zdarzy....

Robótka 2017

15.11.2017

Tęskniliście?!
Ja tak.
Ale to temat na inny post.

Wracam do Was z wieścią:



Dziś wystartowała ósma edycja Robótki. 
Tej szalonej akcji, której celem jest rozpętanie wichury z kartek pocztowych nad Domem Opieki Społecznej dla Dzieci w Niegowie. Żeby choć na chwilę odkleić ich nosy od zimnych szyb, gdzie wyglądają rodzin, których już nie ma lub nigdy nie było. Żeby im w zamian włożyć w ręce kopertę wypełnioną czułym słowem, żeby wiedzieli, że jest tam za płotem, w wielkim świecie ktoś kto o nich myśli.

Zatem gdyby omsknęła się Wam ręka przy zakupie lub wyrobie pocztówek w tym roku, wyślijcie te nadprogramowe do Dzieciaków-Starszaków.

Bo one czekają.
Jak nikt inny na świecie.

Ukochania!

p.s. Żyję. Na muzealnych korytarzach, w pociągach podmiejskich, w kredkach, niedospaniu (czy to się kiedyś skończy?). Wiewiór żyje głównie na walizkach i licznych delegacjach (czyt. glamour budowy). Grudka zaś przeżywa wszystko i wszystkich. Intensywnie i ze śpiewem na ustach: Hallelujah!* - i jak zdziwione byłyby okoliczne starsze panie, gdyby dowiedziały się, że nie ma na myśli chwały najwyższego, a TO.

Dziekanka

07.02.2017
Czekam i wypatruję. Podobno już tylko 41 dni do wiosny.


Nie ogarniam*.
To fakt.

I choć tutaj już od 3 tygodni cisza, to napiszę to wyraźnie:
PRZERWA. Od bloga.

Dalej czytać nie trzeba. 
Zwłaszcza obywatelce Jareckiej zaleca się dietę od pozostałych liter.

Zatem tak. Przerwa. Post i wycieczka na pustynię. 
Słowem: asceza internetowa.

Bo chcę w końcu narysować książkę. A właściwie te dwie, co leżą na warsztacie. Jedna w kooperacji z Wiewiórem. Druga w zupełnie niespodziewanym trójkącie. Obie bardzo obrazkowe, choć od siebie zupełnie inne. 

Nie mówię: koniec, adios, ciao.
Będę się tu pojawiać. 
Możliwe jednak, że bardzo nieregularnie.

Próbowałam pogodzić wszystko, ale nie potrafię. Trudna prawda, której moja wewnętrzna prymuska nie potrafi przełknąć. Potrzebuję jednak tej przestrzeni w głowie, by wpuścić w końcu nowe. By przestać robić i żyć ZAMIAST. 
Trzymacie kciuki.

Niniejszym ogłaszam sezon realizacji swojego.
I to jest radosna wieść.

Jeśli nie wrócę tutaj w grudniu 2017 z narysowaną książką - upoważniam Was do pociągnięcia mnie do odpowiedzialności i nałożenia embargo na Malibu.

Boję się.
Ale: Na pohybel!
I heeeeja! Z przytupem w nowe!

P.s. W ramach należnej tęsknoty proszę zaglądać na fejsbunia i instagram
A każdego 13-tego dnia miesiąca roku pańskiego 2017 też na Wortal Ryms, gdzie co miesiąc spełniam swoje marzenie i wypytuję nowego ilustratora o kulisy i ilość kubków na rysunkowym stole. Pod sztandarem zmajstrowanym w kooperacji z Elą Wasiuczyńską nas znajdziecie:
http://ryms.pl/


*nie do ogarnięcia w obecnym wymiarze jest zwykłe życie matki na etacie z zajmującym hobby: w pracy do lipca cztery otwarcia, w tym jednego muzeum poza granicami Republiki, a jak niektórym wiadomo - jestem w tym cyrku jedynym grafikiem. Co w połączeniu z Grudką w kolejnym starciu z mikrobiologią chorób odżłobkowych i rysowaniem po nocach.... no kurde, nie zostawia wiele czasu na myślenie, a tym bardziej na spisywanie tych myśli. Próbowałam. Bez skutku. Będę tęsknić!

Ślub po irlandzku

16.01.2017
Idźcie po popcorn! Bo to notka numer 501 i najdłuższy post na tym blogu

[06.04.2013]
Dzień był szary, brzydki, deszczowy. 
Mój humor podobny.
Pralka właśnie włączyła wirowanie.

Siadłam na różowym prześcieradle łóżka.
Wiewiór przyklęknął przy mnie.
I z kieszeni wyciągnął pierścionek. 

Drewniany.
Hand-made. 
Jak na konserwatora przystało. 

Tyle z tego dnia pamiętam. 

[styczeń 2014]
Zróbmy ślub w lipcu.
Siódmego. W Stumilowym Lesie.
U hipisów.
Siedem lat po tym, jak przyjechałeś tu na zawsze. 

[kwiecień 2014]
Potomka ma jednak pierwszeństwo. Może jednak w przyszłe wakacje?

[czerwiec 2015]
Bardziej od wesela potrzebujemy spokoju. 
[październik 2015]
Zainspirowana Dynią zamawiam ślubną spódnicę. Z szarego tiulu. 
Z widokiem na... staje na wysokości zadania!
"Między warstwy możesz sobie, jak Dynia, nasypać filcowych kulek albo Haribo" - ucieszyła się kaczka.
[styczeń 2016]
To może w tym roku?

[kwiecień 2016]
Lista dokumentów wymaganych przez teutońskie władze jest dłuższa niż litania do wszystkich świętych.
Dla dwojga obcokrajowców razy dwa. Każde w tłumaczeniu z ojczystego na tubylczy.
To może w innym kraju? 

[maj 2016]
Albo Wiewiór nauczy się języka polskiego w trybie natychmiastowym albo w Polsce ślubu też nie będzie.
Nie stać nas na przysięgłego tłumacza symultanicznego na liście gości. 

[czerwiec 2016]
Wiewiór: Dodzwoniłem się do Irlandii! Potrzebujesz tylko paszportu i potwierdzenia wiarygodności aktu urodzenia. Gdy zapytałem, czy potrzebny jest tłumacz urzędniczka spytała: "A narzeczona potrafi powiedzieć I do?"

[sierpień 2016]
Irlandia południowo - wschodnia. 
Przychodnia lekarska. W recepcji dostajemy numerek.
Siadamy w poczekalni między wypluwającymi płuca a czekającymi na borowanie. 

Niska blondynka w wełnianym swetrze przychodzi po nas i prowadzi do schowka na szczotki pełnego papierów.
Oto proszę państwa urząd stanu cywilnego. Za ścianą komuś wygrywają zęby. 

Jednak potrzeby będzie jeszcze jeden dokument. Potwierdzający,  że mój międzynarodowy oficjalny akt urodzenia jest dokumentem iście oficjalnym. Ommmm.....

[wrzesień 2016]
Średniowieczny zamek wydaje nam się jedyną słuszną lokalizacją.
200 ojro za 2 godziny przyjemności. Wdech wydech.
Wszak ślub z Wiewiórem bierze się tylko raz.

Bebe: A gdyby tak nie czekać do przyszłego lata?
Wiewiór: Co masz na myśli? 
Bebe: W styczniu stuknie nam 10 lat. W prawdzie to wypada w piątek, ale może w Irlandii udzielają ślubów nie tylko w weekendy. Oraz pomyśl! Będziemy musieli pamiętać tylko tą jedną datę! 
Wiewiór: Rzeczywiście kuszące. 

(...)
Polskie dokumenty załatwione.
To oficjalne: w piątek 13 stycznia 2017 wychodzę za męża.

[październik 2016]
Prawda bywa jak surowa marchewka przy bólu gardła - trudna do przełknięcia. 
Chyba nie chcę tiulowej spódnicy. Chcę sukienkę.
Z Berlina. Bonnie & Buttermilk. W innych retro wzorach się nie widzę. 

Atak telefoniczno-mailowy na zamek celem rezerwacji miejsca nie przyniósł rezultatu. 
Cisza, jakby ich zalało. 

A skoro nie zamek to.... Ommmm ommmmm..... Witaj przychodnio!
W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że wezmę ślub w medycznym schowku na szczotki.
Tak dziwne, że aż śmieszne. 

(...)
Bilet do Berlina kosztuje więcej niż sukienka. Kupuję przez internet. Na wszelki wypadek dwie.
Czas oczekiwania 6 tygodni. Chyba osiwieję.

[30.11]
Mamy! W końcu coś mamy.
Fotografa!
Który utrzymuje, że jest naszą rodziną, co świadczy o ułańskiej fantazji rzeczonego.
W prawdzie, zważywszy tuziny wujków i ciotek Wiewióra, takie wyznanie nie powinno dziwić, ale....

Jestem mężem siostry byłego partnera siostry Wiewióra.

W każdym razie mamy fotografa.
A fotograf ma aparat.

[04.12]
Umiarkowana panika na temat sukienki.
A dokładniej jej braku.

[05.12]
Wielka panika na temat sukienki.
A jak będą za małe? 

Szukam alternatywy. 
W sklepach tylko smoła i cekiny. 
Nie, nie, nie, nie.

Ommmmmmmm.....

[07.12]
Nie mam sukienki.
Mam buty.
Gumowce.
Żółte. 

No co?!
Przecież będzie zima.
W Irlandii.

[09.12]
Przyszła pierwsza sukienka.
Kremowa w niebiesko-żółte retro kwiaty.
Piękna.
Za duża?!?!?!?
Krój też nie ten.
Ommmmmmmmmmmmmm

[12.12]
Przyszła druga sukienka.
Czerwona. Piękna. 
Namiot!!!!!
Ommmmmmmmm...

Gdzie ja znajdę krawca, co mi to spruje i uszyje na nowo?!?!?

(...)
Nie będę panikować.
Ommmmm.....

(...)
Gorączkowo przeglądam strony internetowe w poszukiwaniu kreacji.
No żeż! Nic!

[18.12]
Ma strychu znajduję sukienki sprzed ciąży.
Wiewiór mówi, że najładniej mi w wełnianej spódnicy. 

Ommmmm.....

[19.12]
Bebe: Zamówiłam trzy nowe sukienki.
Wiewiór: I znów będziesz czekała 6 tygodni?!
Bebe: Nie! W innym sklepie. Te przyjdą jeszcze przed świętami (w myślach: oby....).

[22.12]
Cud! Cud w groszki. Czerwony.
W prawdzie z poliestru, ale jest szansa, że w środku irlandzkiej zimy się nie spocę.
Za jedną trzecią retro kiecek. Ekonomiczna panna młoda strikes back!

[25.12]
Grypa żołądkowa.
Przeziębienie.
Ból oczu.
Ból istnienia.
Zaklejam twarz plastrami na opryszczkę.
Błagam. Tylko nie to!

[O4.01]
Za dziewięć dni zawiązujemy węzeł mażeński, a Wiewiór jak na razie może wystąpić nomen omen tylko w butach. 

Nie wpadam w panikę, nie wpadam w panikę, nie wpadam..... Aaaaaaaa!

[05.01]
Pojechać do sąsiedniego powiatu po pasztety warzywne, wrócić z marynarką i koszulą. Spodni na człowieka-pająka brak. Sweter na pannę młodą jest. Z przeceny.

[06.01]
Największym wrogiem panny młodej są buty. Przymierzam cały zasób szafy. Kończy się tak jak zwykle. Przypadkiem. Czerwone szpilki kupione przypadkiem nomen omen w Dublinie i różowe półbuty od Clarksa kupione na sąsiedniej wyspie. 

Sukienka z internetów, szalik od Zosi, kurtka z Tkmaxxa (ta, co ją w ciąży kupiłam z Kaczką), rajtki z promocji, sweter z przeceny.
Dobrze, że Wiewiór wybrany świadomie.

[O7.01]
Dwadzieścia minut samochodem, (wyczute) muliony minut w korku na parking, trzy zgubione drogi w przybytku szopoholika, jedną pieluchę z ładunkiem broni biologicznej i osiem kanapek z szynką dalej.......czyli w szale sobotnich zakupów nabyliśmy ostatnie części ślubnych kreacji. Grudka zwiedziła przy tym wszystkie sąsiednie kabiny wzbudzając raczej ochy, achy i wie-süß-y niż oburzenie. Na wszelki wypadek udajemy, że to nie nasze dziecko.

[08.01]
Wiewiór w garniaku wygląda nader ponętnie.
Chyba za niego wyjdę. Jednak.

(...)
Bebe: Nawet nie wiem, o której mamy lot.
Wiewiór: Ja też nie.

(...)
Obudziłam się po północy z przeczuciem, że zapomnieliśmy o czymś ważnym. 
Rezerwacja obiadu!
Dzięki bogu za Facebook, różnicę czasu i nocnych marków branży gastronomicznej.
O pierwszej trzydzieści zasnęłam spokojnie. 

[09.01]
Jeszcze dwa dni w kieracie i wywieszam kartkę: "Wyszłam za mąż, zaraz wracam."

(...)
Wiadomość dnia! 
Odpowiedział nam mailowo zamek! Ten zamek. Buhahahaha!

Po miesiącu milczenia raczyli nas poinformować,  że cisza w eterze to wynik problemów z IT. Ale i tak mają zamknięte do 16 stycznia, więc nam pomóc nie mogą. No chyba, że zmienimy datę ceremonii. Buhahahaha! 

[10.01]
Czy panna młoda potrzebuje bukietu?

[11.01]
Dwa pociągi, dwa autobusy, dwie porcje ryby z frytkami, dwie kawy, dwa banany, jednego precla z masłem, jedno opakowanie dżemu zjedzonego łyżeczką, jeden samolot, dwanaście godzin i mulion odczytów tej samej stricte obrazkowej świnki Pepy później lądujemy w kolebce przodków Wiewióra. Jak to dobrze, że wielki dzień dopiero pojutrze.

[12.01]
- Dzień dobry, chcemy kupić bukiet. Ślubny bukiet.
- A na kiedy?
- Na jutro.
Kiedy ocuciliśmy i doprowadziliśmy do pionu lokalną florystkę okazało się, że była w zeszłym tygodniu na targach ślubnych, na które udzierała bukiety. Ten najprostszy, z samego przybrania sprzedała dziś nam. Za pół ceny. Zburzonego światopoglądu nie udało się ocucić.

Leje.
Na wszelki wypadek kupujemy parasol.
Czerwony. 

Może nie powinnam o tym mówić głośno, ale mam fajną teściową. Przygotowała się na ślub: "Mam trzy butelki szampana. Najlepszy, bo mocny! Oraz wino. Swoje wino. Mam też dla Was weselny tort*. Ha! Akurat przecenę mieli w markecie."

* 30 centymetrów biszkoptu przełożonego bitą śmietaną i posypanego cukrem pudrem.
[13.01.2017 piątek ]
Słońce! Słońce! Słońce! 
Z parasolem kupiliśmy pogodę!
To będzie dobry dzień. 

"Ale jestem podekscytowana!!!!" - mama Wiewióra świętuje już od rana - "Zamówiłam sześć skrzynek piwa, na wszelki wypadek. Bebe chodź no do kuchni. Czas na pierwszą butelkę szampana."

Grudka przesypia sesję foto.
Dzięki niebiosom!
Tym samym nikt mi nie ukradł show. 

Przychodnia lekarska wita nas plakatem:

To już wiadomo dlaczego Wiewiór musiał zostać Wiewiórem ;)

Ktoś ewidentnie sprzątał w schowku na szczotki. Dokumenty usypane w wieże, chylą się zsynchronizowane ku jednej stronie. Biurko przykryte białym prześcieradłem. Urzędniczka zamieniła wełniany sweter na marynarkę.

Młodsza część gości musiała zostać na zewnątrz. Taka karma.
Nie będzie z tego filmu na Snapchacie.

Przysięga na szczęście tylko po angielsku. Błędy w wymowie sklerozę* zrzucam na wzruszenie. Coś mi do oka wpada, gdy Wiewiór recytował swoje "I do". Strategiczne momenty ciszy Grudka wypełnia chrupaniem sucharka. Raz na moim, raz na Wiewióra ramieniu. 
*Z całej przysięgi pamiętam tylko "I do and I will". Musi starczyć.

"Teraz poproszę obrączki." 
"Obrączki? Bebe, kto ma obrączki." 
"O rany! Są w plecaku! Na zewnątrz!" 

W drodze do bufetów. My z Grudką przodem, za nami teściowa z resztą gości sztuk trzy. Nagle teściowa zaczyna biec w naszą stronę rączym kłusem trzymając torebkę ryżu w ręku. Wiewiór rzuca się przed siebie. Ja za nim. Teściowa w pozie dyskobola: "I forgot about rice!!!!!" Białe pociski, świsty, wybuchy, okopy, białe flagi. "Cieszcie się, że nie ma śniegu! Bo rzucałaby śnieżkami!" - siostra Wiewióra zatacza się ze śmiechu.
Kawiarnia pod Bawełnianym Drzewem. Grudka świetnie się bawi. Myje ręce siedemdziesiąt siedem razy w ciągu półtorej godziny. "Co jemy Potomko?" - "Napki*, ciastko, aach!**" - każdemu według potrzeb. Tosty z serem, fish pie, zapiekanki warzywne, frytki, pieczone ziemniaki, coleslaw, sałata, kurczaki w sosie, ciasto marchewkowe, tiramisu, kawa, nawet z soją, woda, dużo wody.
Na wisienkę zachód słońca na Octowym Wzgórzu. Wiatr, zimno. Pod murem wieży czekamy na dobre światło. Grudka obserwuje drżące towarzystwo i w końcu rozumie, o co w tym dniu chodzi: "Happy Birthday!"
W domu teściowej strzelają korki szampana.
Dj Teściowa puszcza najstarsze kawałki gatunku Irish country "No zobaczcie jaki on jest przystojny!"
Rodzina Wiewióra objawia się w szybszym tempie niż jestem w stanie odpowiadać na "How ar' ya hon?"
Wujek Ron snuje niekończącą się opowieść, z której jestem w stanie wyłapać tylko pojedyncze słowa "hemoroidy", "więzienie", "bezsenność" i "topnienie psa, który cudem przeżył".
Młodsza młodzież w osobie Grudki tańczy. Starsza młodzież dokumentuje i transmituje zajście w social mediach.
Chipsy, orzeszki, krakersy. Kuzynka Marianna pretenduje do miana najlepszego gościa wieczoru: przynosi polski sernik.

Po północy siostra Wiewióra znajduje napoczęty tort weselny.
Kto napoczął? Nie wiadomo.
Zjada połowę. Rękami. Podobno taki dobry był.

*Kanapki
**Woda
[14.01]
Okazuje się, że liczna rodzina zamieszkała w tym samym mieście ma swoje plusy dodatnie i ujemne. Państwo sami rozważą co jest co. Sobota upłynęła nam mniej więcej tak:
- Przynieśliśmy Wam prezent!
- O! Kryształowa rama na zdjęcie ślubne! Dziękujemy!
- Mamy dla Was prezent.
- Tak? Jak miło!
- To rama na ślubne zdjęcie. Lokalny kryształ!
- Mam dla Was coś w prezencie!
- Czyżby rama na ślubne zdjęcie?
- No co Wy! Przecież wiem, że lecicie samolotem. Album! Album na zdjęcia ślubne Wam kupiłam. Z kryształami na okładce.

[15.01]
Procedura podróży odbyta w odwrotnej kolejności. Aż trudno uwierzyć, że śniegi Bawarii to nie atrapa. 
Wchodząc do domu potykam się o paczkę. 
Z sukienką. 
TĄ sukienką. 

Będzie na poprawiny ;-)


[16.01]
W kieszeniach, butach i załomach wózka znajdujemy ryż.

(...)
- Rings of power!
- Bzzzzzzt!

Portret (z) pamięci

28.12.2016
Rotawirus - Portret (z) Pamięci



Miejsce Rotawirusa zajęło przeziębienie. Wypluwamy sobie płuca w zgodnym duecie (Wiewiór i Bebe), Grudka zastanawia się zaś nad pierwszym w życiu zapaleniem ucha środkowego, ale zdaje się, że wybierze jednak miłość do precli (Bawarka!). Słowem: Dogorywamy.

(...)
Portal eDziecko.pl (nie pytajcie mnie jakim cudem zboczyłam na tą ścieżkę) pouczył mnie dzisiaj:
Starajcie się ograniczać używanie słowa "Nie". To wcale nie jest takie trudne - jeśli się trochę zastanowić, każdą sprawę można ująć tak, by zamiast zaprzeczenia dziecko usłyszało zachętę do zrobienia czegoś innego. Im rzadziej dziecko słyszy "Nie", tym większą ma ono dla niego wagę i tym mniej jest w domu powodów do awantur.
Joanna Szulc "24 miesiąc życia" - http://www.edziecko.pl/male_dziecko/1,85614,4666056.html

Tymczasem Wiewiór oznajmił wieczorem:
- Słuchaj, Potomka wciąż używa słowa "nie" tylko w języku niemieckim. Chyba też musimy zacząć jej częściej to mówić.

A może lepiej podeślę ochronce cytat z polskich internetów?

Auto Post Signature

Auto Post  Signature