Image Slider

Święta i Poświęta

30.12.2018
Grudka to człowiek konkretu.

Gdy jej współtowarzysze z ochronki pytani, co napisali w swoich listach do Świętego, odpowiadali:
- Dużo!
- A co na przykład?
- Nie wiem.

Grudka od miesięcy odpowiadała niezmiennie:
- Kcę latać i skakać.

Staramy się być zajebistymi rodzicami przynajmniej od czasu do czasu, więc postanowiliśmy nie zostawiać realizacji tego projektu ślepemu losowi, a tym bardziej ludziom z Laponii. Bo wiadomo, że Ci ostatni mają czasem zupełnie inne wyobrażenia tego, co człowieka uszczęśliwi. I tak zamiast szachów przynoszą skarpetki w renifery (Wiewiór) lub zamiast statku pirackiego - błękitnego miśka z poliestru (Bebe). Do skrzydeł i trampoliny, dokupiliśmy mega puzzle w kształcie smoka, żeby zostać w temacie i wspierać też rozwój duchowy latorośli, która zdecydowanie jest córką swojego ojca. Tak, oni układają już razem kostkę Rubika. Zapakowaliśmy to wszystko odświętnie w papier i poszewkę od kołdry (trampolina) i czekaliśmy na święta.

W międzyczasie odbyliśmy burzliwą, zagrażającą naszemu małżeństwu i pokojowi na świecie rozmowę o tym, kiedy i kto przynosi w naszym domu prezenty. Dotąd w polskie święta (24.12) prezenty wykładaliśmy bez sekretów pod choinkę przez cały dzień i cieszyliśmy się widokiem wypiętrzających się Everestów. W irlandzkie święta (25.12) o poranku pod choinką znajdowaliśmy skarpety pełne podarków od Świętego. Tak było dotąd. Czyli dopóki ochronka nie wtrąciła się  w Grudkowy światopogląd i nie oddała polskich świąt Mikołajowi. Galaktyki się zderzyły, hipernowa faktów oślepiła nawet najbardziej logicznych przedstawicieli homo sapiens. W opowieściach Lapończyk wchodził raz kominem, raz przez balkon. Zostawiał prezenty, wychodził oknem, potem znowu wracał. Próbowaliśmy to wszystko złożyć sprytnie w całość i obwiązać sznurkiem. Nadaremnie.

W końcu poddaliśmy się i popłynęliśmy z falą Grudkowych interpretacji.
Okazało się, że Święty ma fetysz odnóży dolnych. Najpierw szóstego grudnia zostawia prezenty w naszych butach, a 25.12 wkłada podarki do skarpet. W międzyczasie rozsiewa prezenty po całym domu i trzeba ich na własna rękę szukać przez cały dzień wigilijny i układać pod choinką.
Takiej wersji zdarzeń się trzymamy.

Od Wigilii Grudka lata i skacze.
Nam też lata i skacze.
Oko - od samego patrzenia.
I ciśnienie na widok kaskaderskich lądowań.

26.12 o 5:30 rano padło zaś śmiertelnie poważne pytanie:
- Mamuś ma święta, Tata ma święta..... Grudka też ma? Czy dzisiaj są MOJE święta? 

---



Tymczasem dzisiaj w Pinakotece w Monachium,
obok Rubensa i Dürera, można było obejrzeć motyla na łące.


Święta według Grudki

20.12.2018
A już myślałam, że do mety 2018 dobiegnę bez balastu w postaci wirusów i bakterii... O naiwna matko dziecka w wieku przedszkolnym! Nie nauczyłaś się jeszcze, że co dziecko z ochronki przyniesie, odda tobie z wszystkimi bonusami?! Samo oczywiście umywszy od tego ręce.

Zatem od dziesięciu dni porozumiewam się ze światem tylko teatralnym szeptem. Za to w nocy potrafię tak kaszleć, że budzi się ze mną pół dzielnicy.

Podobno na tablicy ogłoszeń w przedszkolu wywiesili ogłoszenie o krótkiej treści: "Grypa żołądkowa". Podobno, bo boję się nawet na nie spojrzeć.

To idę sztachnąć się tymiankiem z solą, a tymczasem.....

-----

Tymczasem....

Na podłodze piłki futbolowe kurzu.
Wiewiór w delegacji.
Grudka pod niewątpliwym natchnieniem świątecznego ducha przejęła kontrolę.

Ozdobiła już stół w salonie naklejkami ze Świnki Peppy. Nie, nie kilkoma. Wykleiła na blacie całą książkę.

Ozdoby choinkowe skumulowała na drzwiach wejściowych, żebyśmy słyszeli, kiedy do domu wtargnie Mikołaj z prezentami.

Upiekła ciasteczka z ciastoliny (w kształcie samolotów), umyła jedną ścianę w łazience (ale piętnaście razy!) i nauczyła się fałszować mój podpis (no i co, że jest to jedynie litera A, a do tego w do góry nogami. Wszak listonosz i tak się nie zorientuje).

Wyprodukowała armię Świętych Mikołajów i portretów Bambi z rodziną na pocztówkach do Niegowa.



Wysłała rodzinie i przyjaciołom królika po świątecznym vlogu. Nie pytajcie..... I obejrzała każdy mulion razy za każdym razem klaszcząc z radości.

Ćwiczy codziennie pompatyczne arie. Wprawdzie nieco eklektyczne o gwiazdach, latarniach Świętego Marcina, kołach autobusu, ogórkach w garniturze i o tym, że la la li li nie będziemy się martwili.... ale zrzucam to na uduchowiony freestyle i słucham z przyjemnością... o ile nie jest akurat 4:30 rano. A na ogół niestety jest.

Ułożyła drogę od przedpokoju do sypialni z muszli i kamieni. Żeby szczęśliwie powrócony ojciec mógł się odnaleźć w ciemnościach.

Zdecydowała się już nawet na menu świąteczne: Jabłka, ogórki i duże lody.

Słowem: Gotowe!
Święta mogą przyjść!

----

Post dedykowany Joannie w Kolorze, która właśnie założyła właśnie bloga "Miejsca Miejsca" z fajowymi zdjęciami o Warszawie i świecie.... i  przypomniała mi dzisiaj, jak fajnie jest po prostu coś stworzyć. Dziękuję.

Jest Robótka!

26.11.2018
Ahoj przypadkowy przechodniu wyrzucony na brzeg tego zakątka internetu zapewne jakimś nadzwyczajnym rykoszetem losu! Choć w prawdzie na tych ziemiach pora suszy i nieurodzaju, to wiedz, że jest oaza! Bo bez względu na wzgląd i wszelkie turbulencje kręgosłupowo-życiowe:

JEST ROBÓTKA!
I to po raz dziewiąty!
Wskakuj tędy! (Klik w obrazek!)

https://jestrobotka.blogspot.com/2018/11/robotka-2018.html


A w astronomicznym skrócie... dla tych co się boją klikać w nieznane:

Celem Robótki jest coroczne odpalanie fajerwerków radości za pomocą kartek pocztowych wśród mieszkańców Domu Pomocy Społecznej w Niegowie. Czas trwania: **15.11.2018 - 30.01.2019**

Szczegóły na: https://jestrobotka.blogspot.com/

Rehabilitacja

14.09.2018
[Po 4 tygodniach ze streptokokami...]

Prolog: Rok temu "wypadł" mi dysk i do dziś hula gdzieś w okolicach krzyżowych.

Dane mi było zaznać życia rencistki i 4 tygodnie lata spędzić na półkoloniach w centrum rehabilitacji w Wielkim Mieście Wojewódzkim. Codziennie rano, dostarczywszy uprzednio Grudkę do ochronki*, stawiałam się w sportowym outficie w przybytku zdrowia uzbrojona w bidon, dwa ręczniki i kostium kąpielowy.

Mój indywidualny plan dnia zawierał niemal wszystko. Od klasycznych masaży, przez ćwiczenia równowagi, egzotyczne łóżka wodne, pantomimę rowerową w basenie, progresywną relaksację, po wykłady z prawa socjalnego dla rencistów, feng shui w biurze i psychologii bólu. Holistyczne podejście do problemu mile mnie zaskoczyło.

Jednak, wbrew początkowym oczekiwaniom, okazało się, że rehabilitacja to jednak nie urlop. Lwią część dnia stanowiły czynności wyciskające ze mnie siedemnaste poty. Co w sumie nie było trudne, zważywszy, że właśnie w Bawarii odnotowywano - jak co roku - falę upałów stulecia. Nietrudno było stracić też w tym procesie trzy kilo żywej wagi. Zwłaszcza, że stołówka kurtuazyjnie zapominała o duecie mych nietolerancji i częściej niż rzadziej w ofercie miała dla mnie jedynie talerz sałaty, w dobrym dniu - okraszony surową marchewką.

Czy pomogło? Pomogło! Zwłaszcza ten trzeci tydzień, gdy Grudka zachorowała na ospę* i kiblowała z ojcem w domu, a mi odpadły liczne obowiązki i odpowiedzialności. Człowiek (ja!) jednak dużo nosi w głowie. Człowiek (ja) może się nauczyć, że dla swojego ego chce i może zrobić wiele (20 sekund plank w najtrudniejszym wariancie! A co to dla mnie!), ale może tym sobie bardziej zaszkodzić niż pomóc. Człowiek (ja) może być zmuszony uznać, że zajmowanie się sobą to nie luksus, a konieczność.

Człowiek (ja) może też odkryć, że nie trzeba tej cytryny życia cisnąć do ostatniej kropli. Że można z tej cytryny zrobić też lemoniadę. Tylko trzeba sobie dosypać cukru.

"Radykalnie zwolnić i odpuścić" odnotowano mi czerwonym flamastrem na podsumowaniu.

Idę kupić cukier.


[...]
Tymczasem Grudka przeskoczyła przez płot ochronki i w sąsiadującym przybytku awansowała do miana przedszkolaka. Pół dnia w grupie Uszatków przeczesuje mej Potomce mózg na tyle, że na własne życzenie latorośl dokonuje wieczornych ablucji już w czasie Teleexpressu. Życie byłoby piękne, gdyby nie jej spontaniczne pobudki między 4:30 a 5:30. Niestety, Grudka uznaje, że wstawanie to zajęcie grupowe. Od dwóch tygodni cieszymy się, gdy budzik o 6:20 zastaje nas jeszcze w łóżkach.



* Co odnotowuję na wypadek, gdyby kiedyś historia próbowała się powtórzyć, a moja córka w panice perspektywy rychłego rozmnożenia dowiedzieć, jakie choroby zakaźne udało jej się zaliczyć.

Okno bez zasłonek

06.07.2018
Lubię, gdy ludzie nie mają zasłonek w oknach. Mogę wtedy podglądać ich w domach, gdy wieczorem idę przez wieś. Widzieć, jak urządzili swoje domy. Liczyć ile osób ma dokładnie tą samą brzydką lampę w dużym pokoju. Patrzeć czym się właśnie zajmują i co oglądają w telewizji. Daje mi to poczucie wspólnoty. Przeświadczenie, że jesteśmy do siebie podobni.

Od 2,5 tygodnia nie spaceruję po zmroku po Małej Wsi. Leżę w łóżku okupowana przez wojska zrzeszone streptokoków, wirusów influenzy i opryszczki. Myślałam, że po tak długiej przerwie bardziej będzie mi się chciało. Wierutne kłamstwo!  O c z e k i w a ł a m, że będzie mi się chciało. Działać.

A tu nic.

Głowa jak z betonu, mózg nadal na wewnętrznej pielgrzymce. Suchoty, katary, kaszle i inne atrakcje, tak niekompatybilne z pogodą za oknem.

Czekam. Aż mi przejdzie. Ale ile można?
Wiewiór pociesza, że powrót może mi zająć tyle, co ta cała choroba.
Normalnie tylko pójść i strzelić sobie kolejną dawkę antybiotyku.

Ale w malignie doszłam do jakże zaskakujących wniosków na temat mojego życia (no bo czyjego?!):

1. Tęsknię za pisaniem.

2. To, że teraz zawodowo rysuję, nie oznacza, że muszę ilustrować każdy post na bloga.

3. W zasadzie, nie muszę ilustrować żadnego posta na bloga.

4. Pisanie dla samego pisania i dokumentowania swojego życia i własnej przyjemności i krążące wokół własnego ego jak ćma wokół żarówki - jest całkiem przyjemnym sposobem na spędzanie wolnego czasu* i....

5. MOGĘ SOBIE NA TO POZWOLIĆ, nawet jeśli:

                  a. nikomu się to nie spodoba, nie przyda ani nie pomoże
                  b. nie zmieni to świata na lepsze
                  c. są bardziej pożyteczne rzeczy do roboty
                  d. to tylko dla mnie


Zrozumiałam w końcu, że dla mnie blog jest jak okno bez zasłonek.
Zaglądajcie jeśli chcecie.


*którego w prawdzie mało, ale jak już się zdarzy....

Robótka 2017

15.11.2017

Tęskniliście?!
Ja tak.
Ale to temat na inny post.

Wracam do Was z wieścią:



Dziś wystartowała ósma edycja Robótki. 
Tej szalonej akcji, której celem jest rozpętanie wichury z kartek pocztowych nad Domem Opieki Społecznej dla Dzieci w Niegowie. Żeby choć na chwilę odkleić ich nosy od zimnych szyb, gdzie wyglądają rodzin, których już nie ma lub nigdy nie było. Żeby im w zamian włożyć w ręce kopertę wypełnioną czułym słowem, żeby wiedzieli, że jest tam za płotem, w wielkim świecie ktoś kto o nich myśli.

Zatem gdyby omsknęła się Wam ręka przy zakupie lub wyrobie pocztówek w tym roku, wyślijcie te nadprogramowe do Dzieciaków-Starszaków.

Bo one czekają.
Jak nikt inny na świecie.

Ukochania!

p.s. Żyję. Na muzealnych korytarzach, w pociągach podmiejskich, w kredkach, niedospaniu (czy to się kiedyś skończy?). Wiewiór żyje głównie na walizkach i licznych delegacjach (czyt. glamour budowy). Grudka zaś przeżywa wszystko i wszystkich. Intensywnie i ze śpiewem na ustach: Hallelujah!* - i jak zdziwione byłyby okoliczne starsze panie, gdyby dowiedziały się, że nie ma na myśli chwały najwyższego, a TO.

Dziekanka

07.02.2017
Czekam i wypatruję. Podobno już tylko 41 dni do wiosny.


Nie ogarniam*.
To fakt.

I choć tutaj już od 3 tygodni cisza, to napiszę to wyraźnie:
PRZERWA. Od bloga.

Dalej czytać nie trzeba. 
Zwłaszcza obywatelce Jareckiej zaleca się dietę od pozostałych liter.

Zatem tak. Przerwa. Post i wycieczka na pustynię. 
Słowem: asceza internetowa.

Bo chcę w końcu narysować książkę. A właściwie te dwie, co leżą na warsztacie. Jedna w kooperacji z Wiewiórem. Druga w zupełnie niespodziewanym trójkącie. Obie bardzo obrazkowe, choć od siebie zupełnie inne. 

Nie mówię: koniec, adios, ciao.
Będę się tu pojawiać. 
Możliwe jednak, że bardzo nieregularnie.

Próbowałam pogodzić wszystko, ale nie potrafię. Trudna prawda, której moja wewnętrzna prymuska nie potrafi przełknąć. Potrzebuję jednak tej przestrzeni w głowie, by wpuścić w końcu nowe. By przestać robić i żyć ZAMIAST. 
Trzymacie kciuki.

Niniejszym ogłaszam sezon realizacji swojego.
I to jest radosna wieść.

Jeśli nie wrócę tutaj w grudniu 2017 z narysowaną książką - upoważniam Was do pociągnięcia mnie do odpowiedzialności i nałożenia embargo na Malibu.

Boję się.
Ale: Na pohybel!
I heeeeja! Z przytupem w nowe!

P.s. W ramach należnej tęsknoty proszę zaglądać na fejsbunia i instagram
A każdego 13-tego dnia miesiąca roku pańskiego 2017 też na Wortal Ryms, gdzie co miesiąc spełniam swoje marzenie i wypytuję nowego ilustratora o kulisy i ilość kubków na rysunkowym stole. Pod sztandarem zmajstrowanym w kooperacji z Elą Wasiuczyńską nas znajdziecie:
http://ryms.pl/


*nie do ogarnięcia w obecnym wymiarze jest zwykłe życie matki na etacie z zajmującym hobby: w pracy do lipca cztery otwarcia, w tym jednego muzeum poza granicami Republiki, a jak niektórym wiadomo - jestem w tym cyrku jedynym grafikiem. Co w połączeniu z Grudką w kolejnym starciu z mikrobiologią chorób odżłobkowych i rysowaniem po nocach.... no kurde, nie zostawia wiele czasu na myślenie, a tym bardziej na spisywanie tych myśli. Próbowałam. Bez skutku. Będę tęsknić!

Auto Post Signature

Auto Post  Signature